niedziela, 26 maja 2013

Wyjaśnienie

Chciałabym bardzo was przeprosić za to, że dawno już nic nowego nie ukazało się na blogu. Wynika to z faktu, że zaczęłam pisać dłuższe opowiadanie i po prostu do 'jednopartów' nie mam na razie głowy. Jednak obiecuję, że już niedługo postaram się napisać coś krótszego, a na razie macie link do mojego "długasa":
Isolated System
Gdybyście chcieli być informowani o nowych rozdziałach, to podajcie swoje tt w komentarzu :) x
Przepraszam jeszcze raz x

sobota, 11 maja 2013

Czeeść :)

OMFG, hiojihsixoqnklnxiqwoni i tym podobne...
Bells' Stories ma 700 wyświetleń <3
Dziękuję Wam za czytanie tego bloga i w ogóle... :3 Żebyście wiedzieli, jakie to dla mnie ważne. <3
Chciałabym tylko poprosić o jedną rzecz. Bo chciałabym, żeby na blogu był jakiś ruch... Zostawiajcie po sobie ślady pod wpisami. Nawet jeśli miałoby być to "Przeczytałam/em". Lub ocena w formie ankiety (też pod każdym postem :)). Serce mi się będzie radować ;) A więc zróbcie mi tą maaaalutką przyjemność <333
Lots of love xX

niedziela, 5 maja 2013

★45 Louis

Sabinie ;*

Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podniosłam się z kanapy i podeszłam do wizjera. Cały świat przesłaniało mi coś czerwonego. Pociągnęłam za klamkę.
- Hej, skarbie.
- O, cześć, Lou. Dzisiaj miałeś być zajęty…
- Ale się urwałem specjalnie dla Ciebie. Trzymaj. Wsadź do wazonu, co? Bo zwiędną. – uśmiechnął się, odsłaniając rząd białych zębów.
- Dziękuję. Wiesz, że nie musiałeś. – pocałowałam chłopaka w policzek i złapałam od niego bukiet.
- Drobiazg. Lubię patrzeć jak się uśmiechasz.
Odwróciłam się i poszłam w stronę kuchni. Wyjęłam z szafki malutki wazonik. Postawiłam go w umywalce i nalałam wody. Przez chwilę podziwiałam kwiaty i słuchałam, jak Louis zdejmuje buty. Strasznie mu skrzypiały. Namawiałam go od dobrego miesiąca, by kupił sobie nowe, ale on upierał się przy tych. Skoro tak je kochał…
Poczułam na moich biodrach ciężkie i ciepłe dłonie.
- W skarpetkach jesteś niesłyszalny, tak?
Odwrócił mnie do siebie, a mnie zaparło dech. Zawsze, gdy z bliska lustrowałam jego twarz miałam wrażenie, że jest zbyt idealny.
- A żebyś wiedziała. Tylko zaraz będę bardzo słyszalny.
- Louis, nie.
- Coco, tak.
- Nie, zrozumiałeś?
- Nie zrozumiałem.
Podniósł mnie do góry i przeniósł przez kuchnię. Zanim się zorientowałam, niósł mnie w stronę sypialni. Wyrwałam się z jego uścisku, lecz nie na długo, bo po chwili zostałam przygwożdżona do ściany.
- Nie zapominaj, że jesteś moja. Tylko moja.
Odgarnął moje włosy na jedną stronę. Odsunął trochę bluzkę i przejechał palcem po nagiej skórze. Nagle pochylił się i pocałował mnie w bark. Po chwili wbił się we mnie zębami, a ja zaskowyczałam żałośnie, gdy moja skóra została przecięta.
- Louuu.
- Cii, nie widzisz, że się dopiero rozkręcam?
Moja bluzka prawie całkowicie zsunęła mi się z ramion.
- Zostaw. – wysyczałam.
- Nie.
Próbowałam go odepchnąć, ale on tylko mocniej na mnie naparł. Poczułam jego dotyk na mojej piersi. Nie widząc innego wyjścia, podniosłam kolano i uderzyłam go w jądra. Syknął z bólu, a już po chwili poczułam, że mój policzek robi się czerwony. Za drugim uderzeniem był już fioletowy. Za trzecim brązowy. Dalszych uderzeń nie pamiętam, bo osunęłam się na ziemię.
***
- Cichaj. Cichaj. Nie ruszaj się. On się na ciebie nie patrzy.
- Karen, spokój. Patrzy się na mnie.
- Skąd wiesz?
- Ślepa nie jestem.
Wstałam z podłogi i otrzepałam sukienkę z niewidzialnego pyłu. Złapałam szklankę i podeszłam do umywalki, po czym włożyłam ją do zewnątrz. Wróciłam do mojej przyjaciółki, ale moje miejsce było już zajęte. Zauważyłam, że Karen robi do tego gościa maślane oczy. No super, pierwsza w życiu parapetówka, a ta mnie zaraz zostawi. Zabiję ją jak wyjdziemy stąd.
- Cześć. – rozepchałam trochę towarzystwo, siadając w środku. Karen nie była zadowolona.
- Cześć. Jak masz na imię?
- Colette, ale mów mi Coco. A Ty? – przechyliłam głowę w jego stronę.
- Louis. – podał mi rękę. – Zatańczysz?
- No jasne. – chłopak pociągnął mnie do góry.
Nie spostrzegłam się, kiedy objął mnie w talii, a drugą rękę trzymał wyciągniętą. Włożyłam swoją dłoń w jego. Tańczyliśmy przytuleni, gdy nagle moja głowa opadła na jego ramię. Pomyślałam sobie, że go spłoszyłam. On jednak przytulił mnie swoim policzkiem. W jego ramionach czułam się tak bezpiecznie.
***
- Pójdę po piwo. – Eric podniósł się z kanapy.
- Pomogę mu. – szepnęła do mnie Karen i porozumiewawczo mrugnęła okiem.
Wieczór w towarzystwie najlepszych przyjaciół i mojego chłopaka wydał się fajnym pomysłem. Siedzieliśmy w naszym ulubionym pubie i dyskutowaliśmy… Boże… Może lepiej będzie, jak tematy naszych rozmów zostaną w ‘Lord Marcus’.
- To możesz my też się przejdziemy, co? – szepnął mi Lou do ucha.
- Na dwór?
- Tak. Sądzę, że gdy wrócimy, ich jeszcze nie będzie.
Podniosłam się z miejsca i podeszłam do wyjścia, a Louis cały czas szedł za mną i szukał mojej dłoni. Gdy wyszliśmy z lokalu, on od razu przyciągnął mnie do siebie i pocałował w ucho. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Szliśmy przytuleni, a nocna mgła otulała nas jak nowonarodzone dzieci.
No i w tym momencie musiał to popsuć. On tak zawsze robił. Nie pierwszy raz już mu się tak zdarzało. Boże, czemu ten słodziak miał drugą naturę agresora?
- Cofnij się.
- Co? Będę cię miał tu i teraz. – uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby i przejechał palcem po dole mojej sukienki.
- Cofnij się.
- Ciekawy jestem, co zrobisz. – ścisnął moje nadgarstki i mocniej przycisnął je do ściany. Syknęłam z bólu.
- Ha, koteczku, dzisiaj ja mam szpilki.
Podniosłam nogę i wymierzyłam jeden celny cios w samo krocze. Chłopak zwinął się z bólu, a ja popchnęłam go do tyłu. Upadł głową na krawężnik, a gdy po chodniku polała się krew, wystraszyłam się. Uklękłam obok niego. Przechyliłam twarz w moją stronę. Myślałam, że stracił przytomność, ale nie. On odepchnął mnie z całej siły, a ja poleciałam do tyłu. Wstał. Myślałam, że jest to mój koniec, lecz wtedy zebrałam się w sobie i odepchnęłam go nogami. Przeleciał parę metrów, a potem wpadł pod nadjeżdżający samochód.
***
- Może pani z nim porozmawiać, ale nieważne co powie, pani działała w obronie koniecznej.
- Dobrze, dziękuję bardzo.
Odwróciłam się i podeszłam do przeszklonych drzwi. Westchnęłam ciężko i je popchnęłam. Louis leżał pod oknem. Na mój widok nieco się ożywił.
- To cud, że przeleciałem przez ten samochód.
- Wiesz, co jest cudem? To, że wtedy tam z tobą byłam. Powinnam to zrobić już dawno temu. Louisie, nie chcę z tobą być. To jest zbyt niebezpieczne. Ja nie chcę… Nie chcę, żebyś mnie wykorzystywał.
- Colette, usiądź. Proszę. – wskazał palcem stołek. Usiadłam. – Leżę tu już 3 dzień. Jak wiesz, dużo czasu tutaj mam. Przemyślałem wszystko. Przemyślałem to, że nie zachowywałem się dla ciebie odpowiednio. To, że mogłem cię stracić każdego dnia. To, że mogłem cię stracić po każdym… Gwałcie. Tak, gwałciłem cię. Tak, biłem cię. Tak, byłem najgorszy. Obiecuję, że się zmienię. Wiem, że nigdy tego nie robiłem. Nie widziałem potrzeby. Ale mój świat bez ciebie byłby szary. Ile musiało się wydarzyć, żebym mógł to dostrzec. I nie zdziwię się, jeśli odejdziesz i nie będziesz chciała mnie znać. Colette, ja cię kocham jak nikt inny na świecie nie mógłby, tyle wiedz.
Jego oczy zaszły łzami. Odwrócił głowę w drugą stronę. Widziałam, że jest mu ciężko.
Wstałam i wzięłam moją torbę. Pogłaskałam go po dłoni i podziękowałam za wszystkie miłe chwile. Popchnęłam przeszklone drzwi i dając znak policjantowi, zeszłam na dół i wychodząc ze szpitala odetchnęłam z ulgą. Zaczęłam cieszyć się nowym życiem bez Louisa i bez strachu o jutro. – Tak powinnam zrobić.
A co zrobiłam? Objęłam go za szyję i obiecałam, że jeśli on się zmieni, to ja go nie opuszczę. Tydzień próby, brzmi obiecująco? A jakże. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie, ale po iskierkach szczęścia w jego oczach byłam prawie pewna, że nie będzie to nic nieprzyjemnego.

piątek, 3 maja 2013

★44 Harry


- Ale jesteś pewny?
- Nie raz jechałem na motocyklu… Musisz się tak przejmować?
- Ale pierwszy raz jedziesz w tak długą podróż. Uważaj na siebie.
Podeszłam do niego i ucałowałam w policzek. Chłopak odwrócił się w moją stronę i uścisnął mnie, cały czas trzymając pod pachą kask. W końcu odsunęłam się trochę, a on puścił mi oczko i łobuzersko się uśmiechając założył kask. Wepchnął niesforne loki do środka i pokiwał mi głową. Uśmiechnęłam się i skrzyżowałam ręce na piersi. Był zimny, sierpniowy poranek. Godzina czwarta trzydzieści. Kto normalny o tej porze stoi w cienkiej koszuli nocnej i wełnianym swetrze, boso na trawie pokrytej rosą? Ja. Tak, zakochani ludzie są dziwni, jakby na to nie patrzeć. I nie ważne, czy mają 60 lat czy 16, i tak będą dziwakami.
Ale czy to dziwactwo nie jest urocze?
Pomachał mi i włączył silnik. Zaczął bawić się gazem, na co ja szybko uciszyłam go dłonią. Debil, jeszcze by go tata usłyszał. Gestami dałam mu do zrozumienia, że tata ma pistolet pod poduszką. Pomachał mi po raz ostatni i przesłał buziaka. Powtórzyłam jego ruchy i machałam do momentu, w którym nie zniknął na drodze prowadzącej do miasta. Ziewnęłam i skierowałam się do domu. Uchyliłam drzwi i przemknęłam się przez hol cichaczem. Szybko pokonałam schody i chciałam wślizgnąć się do swojego pokoju, gdy…
- Ekhem.
Odwróciłam się w stronę chrząknięcia. Zauważyłam mojego dziesięcioletniego brata, który stał na końcu korytarza i mierzył mnie wzrokiem.
- Czego chcesz…?
- Mam powiedzieć rodzicom, że się włóczysz z samego rana?
- Grrr… George, czego chcesz?
- Jutro, a w zasadzie dzisiaj, jedziesz do miasta, prawda?
- Śledzisz mnie?
- Kupisz mi nowy numer „Spiderman’a”?
- Ale buzia na kłódkę.
- Jasne.
Schował się w swojej dziurze, a ja wskoczyłam pod cieplutką pierzynę. Przymknęłam oczy i usnęłam.
Gdy się obudziłam, była już dziesiąta. Podniosłam się z łóżka i zeszłam na dół, cały czas przeciągając się i ziewając. Nasypałam płatków do miski i nalałam zimnego mleka.
- Cześć, mamo.
- Hej, Hunter. Wracam dzisiaj o 17. Mam nadzieję, że się będziecie z George’m dobrze bawili.
- Yhym.
Jadłam płatki i patrzyłam się na codzienną krzątaninę mojej mamy. W końcu poprawiła sobie tusz i wyszła, trzaskając drzwiami. Taty już nie było, pewnie od rana na rybach. Znając życie, gdy ja wskoczyłam do łóżka, on wtedy wstał.
Podniosłam się z krzesła i odłożyłam miskę do zmywarki. Spojrzałam się w tył do salonu, gdzie na kanapie leżał George i oglądał jakieś swoje chińskie bajki. Prychnęłam pod nosem i poszłam na górę. Rzuciłam okiem na szafkę nocną, na której leżał mój telefon. Dioda świeciła się na niebiesko. Odblokowałam ekran i odebrałam wiadomość.
Usiadłam na łóżku. Nogi nie pozwalały mi na ustanie w pozycji pionowej. Rzuciłam telefonem o ścianę, ale on upadł na fotel bujany. Rzuciłam się na łóżko, a z mojego gardła wydobywał się histeryczny szloch. Czułam się taka bezsilna. Nie wiem, ile tak leżałam, lecz po jakimś czasie wstałam i podniosłam aparat z fotela. Przeczytałam jeszcze raz tego przeklętego SMS’a.
‘Wypadek. Harry w śpiączce. Szpital przy ulicy…’
Wyjęłam spod szafki baleriny i wyrzuciłam je na środek pokoju. Podeszłam do szafy i złapałam pierwsze lepsze ciuchy. Z naręczem ubrań i butami poszłam do łazienki, gdzie odbyłam niezwykle szybką poranną toaletę. Wyskoczyłam z toalety i krzyknęłam do brata, że ma się sobą zająć przez najbliższą godzinę, może dwie. Wybiegłam przez drzwi i truchtem skierowałam się na przystanek autobusowy. Wskoczyłam do busa, a pół godziny później byłam już na miejscu. Wysiadłam z pojazdu i udałam się do wejścia głównego. Podeszłam do jego mamy. Podniosła na mnie zapłakane oczy. Jedynym dobrym wyjściem wydawało mi się przytulić ją. Uścisnęłam kobietę i zapytałam, co się stało.
- Wypadek na obwodnicy. Osobówka w niego wjechała. Dobrze, że Charlie jechał z przodu, bo kierowca uciekł z miejsca wypadku. – zobaczyłam Gemmę, która niosła dwa kubki z kawą.
- Ale będzie żył?
- Tak, tylko nie wiedzą kiedy się z tego wyliże. O ile w ogóle. – głos dziewczyny się załamał – Lekarze mówią, że najważniejsze są pierwsze trzy miesiące.
- Trzy…?
Nie pozwolono mi do niego wejść. Był po ciężkich operacjach. Gdy patrzyłam się na niego przez szklaną szybę izolatki miałam ochotę go przytulić. Wyglądał jak małe, bezbronne dziecko pod plątaniną kabli i rurek. Nie był tym samym chłopakiem, którego znałam. Teraz to ja byłam tą silniejszą, a on był tym słabszym. Sytuacja zmieniła się i będzie trwała przez długi czas. Ale ja sobie postanowiłam, że będę silna. Dla Hazziątka.
***
- Młoda jesteś, niedługo o nim zapomnisz.
- Tato. 10 tygodni i się nie wybudził. Nie zapomnę o nim.
Tata spojrzał się na mnie. W jego oczach dostrzegłam… Złość? A może frustację? Był zły, że jego najukochańsza córeczka myślami od dwóch i pół miesiąca była w szpitalu. Zakazywał mi wychodzić. Zakazywał mi dowiadywać się o jego zdrowie. Gdy Gemma przyszła do mnie, zobaczyć, jak się trzymam, on zamknął jej drzwi przed nosem i wyklął. Nie wiedziałam, na ile jest go jeszcze stać.
- Richard, daj spokój… Ona jest zakochana, jej chłopak jest na krawędzi życia i śmierci.
Podniosłam głowę, wzrokiem dziękując mamie za jej wyrozumiałość.
- Nie! – tata trzasnął dłonią w stół. – I od dzisiaj, moja droga, masz zakaz wychodzenia z domu! Nie będzie eskapad do szpitala!
***
Na pewno. Żebyś się nie przeliczył, staruszku.
Spakowałam do torby butelkę wody mineralnej i perfumy. Zasunęłam ją i poklepałam po wierzchu. Pomodliłam się w duchu i podniosłam do góry okno. Spojrzałam się w dół. Jakby tak zeskoczyć… Nie, połamałabym nogi. Geniuszu! Podeszłam do szafy i nachyliłam się w jej głąb. Grzebałam dłuższą chwilę i przeklinałam pod nosem, gdy moje palce trafiały na pilniczki czy pinezki. Co ja mam w tej szafie? Jak zwykle nie to, co potrzeba. Nagle poczułam szorstki materiał. Szarpnęłam. Tak, to była ta lina, którą Harry kiedyś holował mój samochód. Zostawił ją u mnie, mówiąc, że kiedyś mi się przyda. I się przydała.
‘Dziękuję.’
Zrzuciłam linę na dach i umocowałam jej koniec przy krawędzi łóżka. Sprawdziłam, czy mocno się trzyma i powoli spuściłam się po niej. Wylądowałam na metalowym daszku i obejrzałam się dookoła, czy nie zrobiłam zbyt dużego hałasu. Zeszłam po rynnie i biegiem puściłam się w kierunku przystanku.
***
- Och, Hunter, jak miło Cię widzieć!
Zobaczyłam Anne. Przez ostatnie dwa miesiące postarzała się. Na jej twarzy pojawiły się zmarszczki, a na głowie pierwsze siwe włosy.
- Zostawię was samych.
- Dziękuję.
- Do zobaczenia, kochanie.
Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, ja doskoczyłam do łóżka i otworzyłam torbę.
- Cześć skarbie. Coś u ciebie nowego?
Cześć Hunter. Stęskniłem się za tobą. Haha, dobry żart. Jak widzisz, nie mogę się ruszyć…
- Wybacz. U mnie po staremu. Tata nadal się wkurza… A ja nadal uciekam.
Niegrzeczna dziewczynka. Lubię takie.
- Heh. – z torby wyjęłam perfumy i popsikałam sobie po nadgarstku. Podstawiłam chłopakowi pod nos.
Ow. Malinowe. Jak ja lubię ten zapach, wiesz?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Pamiętałam, zobacz.
Szpitalne drzwi uchyliły się. Odwróciłam się, w pełni przygotowana na Anne. Jednak to nie była ona. Tam stał mój ojciec.
- Jak mogłaś?! Wiem, że to nie był pierwszy raz!
- Tato, ciszej, jesteś…
- Wiem doskonale gdzie jestem. A Ciebie tutaj, moja damo, nie powinno być.
Podszedł do mnie parę kroków, przygotowując rękę, by mnie uderzyć. Ja osunęłam się z krzesła, cały czas trzymając Harry’ego za dłoń. Ojciec sterczał nade mną i już przygotowywał się do zadania ciosu.
- Niech. Pan. Jej. Nie. Bije.
Poczułam, że mój uścisk jest odwzajemniony. W moich oczach pojawiły się łzy i nieważne było w tej chwili, czy ojciec mnie uderzy, czy nie. Wstałam z kolan.
- Bo widzi pan, prawdziwa miłość ma moc uzdrawiania, a pan chyba takiej nie przeżył.
Mówił z zachrypniętym głosem, bo w końcu nie używał go od dawna, ale był pewny swoich słów. Chłopak spróbował się podnieść. Za pierwszym razem mu się to nie udało. Kazałam mu leżeć, ale on był uparty. W końcu usiadł, opierając się na wyprostowanych rękach. Pociągnął mnie za spodnie i opadłam obok niego na łóżko. Poczułam, że obejmuje mnie ramieniem i próbuje zejść z łóżka. Spuścił swoje nogi i mimo moich uwag, żeby przestał, wstał. Stał, trochę niepewnie i mierzył się wzrokiem z moim ojcem. Byłam przerażona. Albo on upadnie albo… Jak zareaguje ojciec?
- To miłość pańskiej córki mnie obudziła. Pana też powinna.
Ojciec spojrzał się na mnie. W jego wzroku nie zauważyłam już złości, frustracji czy nienawiści. Tam były tylko łzy. Uścisnął Harry’ego. Podszedł do mnie i przeprosił. Powiedziałam mu, że porozmawiamy później, a sama położyłam Harry’ego do łóżka i po uprzednim ucałowaniu go, pobiegłam do pielęgniarki.
Powiedzieć, że wydarzył się cud. Cud miłości.