niedziela, 26 maja 2013

Wyjaśnienie

Chciałabym bardzo was przeprosić za to, że dawno już nic nowego nie ukazało się na blogu. Wynika to z faktu, że zaczęłam pisać dłuższe opowiadanie i po prostu do 'jednopartów' nie mam na razie głowy. Jednak obiecuję, że już niedługo postaram się napisać coś krótszego, a na razie macie link do mojego "długasa":
Isolated System
Gdybyście chcieli być informowani o nowych rozdziałach, to podajcie swoje tt w komentarzu :) x
Przepraszam jeszcze raz x

sobota, 11 maja 2013

Czeeść :)

OMFG, hiojihsixoqnklnxiqwoni i tym podobne...
Bells' Stories ma 700 wyświetleń <3
Dziękuję Wam za czytanie tego bloga i w ogóle... :3 Żebyście wiedzieli, jakie to dla mnie ważne. <3
Chciałabym tylko poprosić o jedną rzecz. Bo chciałabym, żeby na blogu był jakiś ruch... Zostawiajcie po sobie ślady pod wpisami. Nawet jeśli miałoby być to "Przeczytałam/em". Lub ocena w formie ankiety (też pod każdym postem :)). Serce mi się będzie radować ;) A więc zróbcie mi tą maaaalutką przyjemność <333
Lots of love xX

niedziela, 5 maja 2013

★45 Louis

Sabinie ;*

Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podniosłam się z kanapy i podeszłam do wizjera. Cały świat przesłaniało mi coś czerwonego. Pociągnęłam za klamkę.
- Hej, skarbie.
- O, cześć, Lou. Dzisiaj miałeś być zajęty…
- Ale się urwałem specjalnie dla Ciebie. Trzymaj. Wsadź do wazonu, co? Bo zwiędną. – uśmiechnął się, odsłaniając rząd białych zębów.
- Dziękuję. Wiesz, że nie musiałeś. – pocałowałam chłopaka w policzek i złapałam od niego bukiet.
- Drobiazg. Lubię patrzeć jak się uśmiechasz.
Odwróciłam się i poszłam w stronę kuchni. Wyjęłam z szafki malutki wazonik. Postawiłam go w umywalce i nalałam wody. Przez chwilę podziwiałam kwiaty i słuchałam, jak Louis zdejmuje buty. Strasznie mu skrzypiały. Namawiałam go od dobrego miesiąca, by kupił sobie nowe, ale on upierał się przy tych. Skoro tak je kochał…
Poczułam na moich biodrach ciężkie i ciepłe dłonie.
- W skarpetkach jesteś niesłyszalny, tak?
Odwrócił mnie do siebie, a mnie zaparło dech. Zawsze, gdy z bliska lustrowałam jego twarz miałam wrażenie, że jest zbyt idealny.
- A żebyś wiedziała. Tylko zaraz będę bardzo słyszalny.
- Louis, nie.
- Coco, tak.
- Nie, zrozumiałeś?
- Nie zrozumiałem.
Podniósł mnie do góry i przeniósł przez kuchnię. Zanim się zorientowałam, niósł mnie w stronę sypialni. Wyrwałam się z jego uścisku, lecz nie na długo, bo po chwili zostałam przygwożdżona do ściany.
- Nie zapominaj, że jesteś moja. Tylko moja.
Odgarnął moje włosy na jedną stronę. Odsunął trochę bluzkę i przejechał palcem po nagiej skórze. Nagle pochylił się i pocałował mnie w bark. Po chwili wbił się we mnie zębami, a ja zaskowyczałam żałośnie, gdy moja skóra została przecięta.
- Louuu.
- Cii, nie widzisz, że się dopiero rozkręcam?
Moja bluzka prawie całkowicie zsunęła mi się z ramion.
- Zostaw. – wysyczałam.
- Nie.
Próbowałam go odepchnąć, ale on tylko mocniej na mnie naparł. Poczułam jego dotyk na mojej piersi. Nie widząc innego wyjścia, podniosłam kolano i uderzyłam go w jądra. Syknął z bólu, a już po chwili poczułam, że mój policzek robi się czerwony. Za drugim uderzeniem był już fioletowy. Za trzecim brązowy. Dalszych uderzeń nie pamiętam, bo osunęłam się na ziemię.
***
- Cichaj. Cichaj. Nie ruszaj się. On się na ciebie nie patrzy.
- Karen, spokój. Patrzy się na mnie.
- Skąd wiesz?
- Ślepa nie jestem.
Wstałam z podłogi i otrzepałam sukienkę z niewidzialnego pyłu. Złapałam szklankę i podeszłam do umywalki, po czym włożyłam ją do zewnątrz. Wróciłam do mojej przyjaciółki, ale moje miejsce było już zajęte. Zauważyłam, że Karen robi do tego gościa maślane oczy. No super, pierwsza w życiu parapetówka, a ta mnie zaraz zostawi. Zabiję ją jak wyjdziemy stąd.
- Cześć. – rozepchałam trochę towarzystwo, siadając w środku. Karen nie była zadowolona.
- Cześć. Jak masz na imię?
- Colette, ale mów mi Coco. A Ty? – przechyliłam głowę w jego stronę.
- Louis. – podał mi rękę. – Zatańczysz?
- No jasne. – chłopak pociągnął mnie do góry.
Nie spostrzegłam się, kiedy objął mnie w talii, a drugą rękę trzymał wyciągniętą. Włożyłam swoją dłoń w jego. Tańczyliśmy przytuleni, gdy nagle moja głowa opadła na jego ramię. Pomyślałam sobie, że go spłoszyłam. On jednak przytulił mnie swoim policzkiem. W jego ramionach czułam się tak bezpiecznie.
***
- Pójdę po piwo. – Eric podniósł się z kanapy.
- Pomogę mu. – szepnęła do mnie Karen i porozumiewawczo mrugnęła okiem.
Wieczór w towarzystwie najlepszych przyjaciół i mojego chłopaka wydał się fajnym pomysłem. Siedzieliśmy w naszym ulubionym pubie i dyskutowaliśmy… Boże… Może lepiej będzie, jak tematy naszych rozmów zostaną w ‘Lord Marcus’.
- To możesz my też się przejdziemy, co? – szepnął mi Lou do ucha.
- Na dwór?
- Tak. Sądzę, że gdy wrócimy, ich jeszcze nie będzie.
Podniosłam się z miejsca i podeszłam do wyjścia, a Louis cały czas szedł za mną i szukał mojej dłoni. Gdy wyszliśmy z lokalu, on od razu przyciągnął mnie do siebie i pocałował w ucho. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Szliśmy przytuleni, a nocna mgła otulała nas jak nowonarodzone dzieci.
No i w tym momencie musiał to popsuć. On tak zawsze robił. Nie pierwszy raz już mu się tak zdarzało. Boże, czemu ten słodziak miał drugą naturę agresora?
- Cofnij się.
- Co? Będę cię miał tu i teraz. – uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby i przejechał palcem po dole mojej sukienki.
- Cofnij się.
- Ciekawy jestem, co zrobisz. – ścisnął moje nadgarstki i mocniej przycisnął je do ściany. Syknęłam z bólu.
- Ha, koteczku, dzisiaj ja mam szpilki.
Podniosłam nogę i wymierzyłam jeden celny cios w samo krocze. Chłopak zwinął się z bólu, a ja popchnęłam go do tyłu. Upadł głową na krawężnik, a gdy po chodniku polała się krew, wystraszyłam się. Uklękłam obok niego. Przechyliłam twarz w moją stronę. Myślałam, że stracił przytomność, ale nie. On odepchnął mnie z całej siły, a ja poleciałam do tyłu. Wstał. Myślałam, że jest to mój koniec, lecz wtedy zebrałam się w sobie i odepchnęłam go nogami. Przeleciał parę metrów, a potem wpadł pod nadjeżdżający samochód.
***
- Może pani z nim porozmawiać, ale nieważne co powie, pani działała w obronie koniecznej.
- Dobrze, dziękuję bardzo.
Odwróciłam się i podeszłam do przeszklonych drzwi. Westchnęłam ciężko i je popchnęłam. Louis leżał pod oknem. Na mój widok nieco się ożywił.
- To cud, że przeleciałem przez ten samochód.
- Wiesz, co jest cudem? To, że wtedy tam z tobą byłam. Powinnam to zrobić już dawno temu. Louisie, nie chcę z tobą być. To jest zbyt niebezpieczne. Ja nie chcę… Nie chcę, żebyś mnie wykorzystywał.
- Colette, usiądź. Proszę. – wskazał palcem stołek. Usiadłam. – Leżę tu już 3 dzień. Jak wiesz, dużo czasu tutaj mam. Przemyślałem wszystko. Przemyślałem to, że nie zachowywałem się dla ciebie odpowiednio. To, że mogłem cię stracić każdego dnia. To, że mogłem cię stracić po każdym… Gwałcie. Tak, gwałciłem cię. Tak, biłem cię. Tak, byłem najgorszy. Obiecuję, że się zmienię. Wiem, że nigdy tego nie robiłem. Nie widziałem potrzeby. Ale mój świat bez ciebie byłby szary. Ile musiało się wydarzyć, żebym mógł to dostrzec. I nie zdziwię się, jeśli odejdziesz i nie będziesz chciała mnie znać. Colette, ja cię kocham jak nikt inny na świecie nie mógłby, tyle wiedz.
Jego oczy zaszły łzami. Odwrócił głowę w drugą stronę. Widziałam, że jest mu ciężko.
Wstałam i wzięłam moją torbę. Pogłaskałam go po dłoni i podziękowałam za wszystkie miłe chwile. Popchnęłam przeszklone drzwi i dając znak policjantowi, zeszłam na dół i wychodząc ze szpitala odetchnęłam z ulgą. Zaczęłam cieszyć się nowym życiem bez Louisa i bez strachu o jutro. – Tak powinnam zrobić.
A co zrobiłam? Objęłam go za szyję i obiecałam, że jeśli on się zmieni, to ja go nie opuszczę. Tydzień próby, brzmi obiecująco? A jakże. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie, ale po iskierkach szczęścia w jego oczach byłam prawie pewna, że nie będzie to nic nieprzyjemnego.

piątek, 3 maja 2013

★44 Harry


- Ale jesteś pewny?
- Nie raz jechałem na motocyklu… Musisz się tak przejmować?
- Ale pierwszy raz jedziesz w tak długą podróż. Uważaj na siebie.
Podeszłam do niego i ucałowałam w policzek. Chłopak odwrócił się w moją stronę i uścisnął mnie, cały czas trzymając pod pachą kask. W końcu odsunęłam się trochę, a on puścił mi oczko i łobuzersko się uśmiechając założył kask. Wepchnął niesforne loki do środka i pokiwał mi głową. Uśmiechnęłam się i skrzyżowałam ręce na piersi. Był zimny, sierpniowy poranek. Godzina czwarta trzydzieści. Kto normalny o tej porze stoi w cienkiej koszuli nocnej i wełnianym swetrze, boso na trawie pokrytej rosą? Ja. Tak, zakochani ludzie są dziwni, jakby na to nie patrzeć. I nie ważne, czy mają 60 lat czy 16, i tak będą dziwakami.
Ale czy to dziwactwo nie jest urocze?
Pomachał mi i włączył silnik. Zaczął bawić się gazem, na co ja szybko uciszyłam go dłonią. Debil, jeszcze by go tata usłyszał. Gestami dałam mu do zrozumienia, że tata ma pistolet pod poduszką. Pomachał mi po raz ostatni i przesłał buziaka. Powtórzyłam jego ruchy i machałam do momentu, w którym nie zniknął na drodze prowadzącej do miasta. Ziewnęłam i skierowałam się do domu. Uchyliłam drzwi i przemknęłam się przez hol cichaczem. Szybko pokonałam schody i chciałam wślizgnąć się do swojego pokoju, gdy…
- Ekhem.
Odwróciłam się w stronę chrząknięcia. Zauważyłam mojego dziesięcioletniego brata, który stał na końcu korytarza i mierzył mnie wzrokiem.
- Czego chcesz…?
- Mam powiedzieć rodzicom, że się włóczysz z samego rana?
- Grrr… George, czego chcesz?
- Jutro, a w zasadzie dzisiaj, jedziesz do miasta, prawda?
- Śledzisz mnie?
- Kupisz mi nowy numer „Spiderman’a”?
- Ale buzia na kłódkę.
- Jasne.
Schował się w swojej dziurze, a ja wskoczyłam pod cieplutką pierzynę. Przymknęłam oczy i usnęłam.
Gdy się obudziłam, była już dziesiąta. Podniosłam się z łóżka i zeszłam na dół, cały czas przeciągając się i ziewając. Nasypałam płatków do miski i nalałam zimnego mleka.
- Cześć, mamo.
- Hej, Hunter. Wracam dzisiaj o 17. Mam nadzieję, że się będziecie z George’m dobrze bawili.
- Yhym.
Jadłam płatki i patrzyłam się na codzienną krzątaninę mojej mamy. W końcu poprawiła sobie tusz i wyszła, trzaskając drzwiami. Taty już nie było, pewnie od rana na rybach. Znając życie, gdy ja wskoczyłam do łóżka, on wtedy wstał.
Podniosłam się z krzesła i odłożyłam miskę do zmywarki. Spojrzałam się w tył do salonu, gdzie na kanapie leżał George i oglądał jakieś swoje chińskie bajki. Prychnęłam pod nosem i poszłam na górę. Rzuciłam okiem na szafkę nocną, na której leżał mój telefon. Dioda świeciła się na niebiesko. Odblokowałam ekran i odebrałam wiadomość.
Usiadłam na łóżku. Nogi nie pozwalały mi na ustanie w pozycji pionowej. Rzuciłam telefonem o ścianę, ale on upadł na fotel bujany. Rzuciłam się na łóżko, a z mojego gardła wydobywał się histeryczny szloch. Czułam się taka bezsilna. Nie wiem, ile tak leżałam, lecz po jakimś czasie wstałam i podniosłam aparat z fotela. Przeczytałam jeszcze raz tego przeklętego SMS’a.
‘Wypadek. Harry w śpiączce. Szpital przy ulicy…’
Wyjęłam spod szafki baleriny i wyrzuciłam je na środek pokoju. Podeszłam do szafy i złapałam pierwsze lepsze ciuchy. Z naręczem ubrań i butami poszłam do łazienki, gdzie odbyłam niezwykle szybką poranną toaletę. Wyskoczyłam z toalety i krzyknęłam do brata, że ma się sobą zająć przez najbliższą godzinę, może dwie. Wybiegłam przez drzwi i truchtem skierowałam się na przystanek autobusowy. Wskoczyłam do busa, a pół godziny później byłam już na miejscu. Wysiadłam z pojazdu i udałam się do wejścia głównego. Podeszłam do jego mamy. Podniosła na mnie zapłakane oczy. Jedynym dobrym wyjściem wydawało mi się przytulić ją. Uścisnęłam kobietę i zapytałam, co się stało.
- Wypadek na obwodnicy. Osobówka w niego wjechała. Dobrze, że Charlie jechał z przodu, bo kierowca uciekł z miejsca wypadku. – zobaczyłam Gemmę, która niosła dwa kubki z kawą.
- Ale będzie żył?
- Tak, tylko nie wiedzą kiedy się z tego wyliże. O ile w ogóle. – głos dziewczyny się załamał – Lekarze mówią, że najważniejsze są pierwsze trzy miesiące.
- Trzy…?
Nie pozwolono mi do niego wejść. Był po ciężkich operacjach. Gdy patrzyłam się na niego przez szklaną szybę izolatki miałam ochotę go przytulić. Wyglądał jak małe, bezbronne dziecko pod plątaniną kabli i rurek. Nie był tym samym chłopakiem, którego znałam. Teraz to ja byłam tą silniejszą, a on był tym słabszym. Sytuacja zmieniła się i będzie trwała przez długi czas. Ale ja sobie postanowiłam, że będę silna. Dla Hazziątka.
***
- Młoda jesteś, niedługo o nim zapomnisz.
- Tato. 10 tygodni i się nie wybudził. Nie zapomnę o nim.
Tata spojrzał się na mnie. W jego oczach dostrzegłam… Złość? A może frustację? Był zły, że jego najukochańsza córeczka myślami od dwóch i pół miesiąca była w szpitalu. Zakazywał mi wychodzić. Zakazywał mi dowiadywać się o jego zdrowie. Gdy Gemma przyszła do mnie, zobaczyć, jak się trzymam, on zamknął jej drzwi przed nosem i wyklął. Nie wiedziałam, na ile jest go jeszcze stać.
- Richard, daj spokój… Ona jest zakochana, jej chłopak jest na krawędzi życia i śmierci.
Podniosłam głowę, wzrokiem dziękując mamie za jej wyrozumiałość.
- Nie! – tata trzasnął dłonią w stół. – I od dzisiaj, moja droga, masz zakaz wychodzenia z domu! Nie będzie eskapad do szpitala!
***
Na pewno. Żebyś się nie przeliczył, staruszku.
Spakowałam do torby butelkę wody mineralnej i perfumy. Zasunęłam ją i poklepałam po wierzchu. Pomodliłam się w duchu i podniosłam do góry okno. Spojrzałam się w dół. Jakby tak zeskoczyć… Nie, połamałabym nogi. Geniuszu! Podeszłam do szafy i nachyliłam się w jej głąb. Grzebałam dłuższą chwilę i przeklinałam pod nosem, gdy moje palce trafiały na pilniczki czy pinezki. Co ja mam w tej szafie? Jak zwykle nie to, co potrzeba. Nagle poczułam szorstki materiał. Szarpnęłam. Tak, to była ta lina, którą Harry kiedyś holował mój samochód. Zostawił ją u mnie, mówiąc, że kiedyś mi się przyda. I się przydała.
‘Dziękuję.’
Zrzuciłam linę na dach i umocowałam jej koniec przy krawędzi łóżka. Sprawdziłam, czy mocno się trzyma i powoli spuściłam się po niej. Wylądowałam na metalowym daszku i obejrzałam się dookoła, czy nie zrobiłam zbyt dużego hałasu. Zeszłam po rynnie i biegiem puściłam się w kierunku przystanku.
***
- Och, Hunter, jak miło Cię widzieć!
Zobaczyłam Anne. Przez ostatnie dwa miesiące postarzała się. Na jej twarzy pojawiły się zmarszczki, a na głowie pierwsze siwe włosy.
- Zostawię was samych.
- Dziękuję.
- Do zobaczenia, kochanie.
Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, ja doskoczyłam do łóżka i otworzyłam torbę.
- Cześć skarbie. Coś u ciebie nowego?
Cześć Hunter. Stęskniłem się za tobą. Haha, dobry żart. Jak widzisz, nie mogę się ruszyć…
- Wybacz. U mnie po staremu. Tata nadal się wkurza… A ja nadal uciekam.
Niegrzeczna dziewczynka. Lubię takie.
- Heh. – z torby wyjęłam perfumy i popsikałam sobie po nadgarstku. Podstawiłam chłopakowi pod nos.
Ow. Malinowe. Jak ja lubię ten zapach, wiesz?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Pamiętałam, zobacz.
Szpitalne drzwi uchyliły się. Odwróciłam się, w pełni przygotowana na Anne. Jednak to nie była ona. Tam stał mój ojciec.
- Jak mogłaś?! Wiem, że to nie był pierwszy raz!
- Tato, ciszej, jesteś…
- Wiem doskonale gdzie jestem. A Ciebie tutaj, moja damo, nie powinno być.
Podszedł do mnie parę kroków, przygotowując rękę, by mnie uderzyć. Ja osunęłam się z krzesła, cały czas trzymając Harry’ego za dłoń. Ojciec sterczał nade mną i już przygotowywał się do zadania ciosu.
- Niech. Pan. Jej. Nie. Bije.
Poczułam, że mój uścisk jest odwzajemniony. W moich oczach pojawiły się łzy i nieważne było w tej chwili, czy ojciec mnie uderzy, czy nie. Wstałam z kolan.
- Bo widzi pan, prawdziwa miłość ma moc uzdrawiania, a pan chyba takiej nie przeżył.
Mówił z zachrypniętym głosem, bo w końcu nie używał go od dawna, ale był pewny swoich słów. Chłopak spróbował się podnieść. Za pierwszym razem mu się to nie udało. Kazałam mu leżeć, ale on był uparty. W końcu usiadł, opierając się na wyprostowanych rękach. Pociągnął mnie za spodnie i opadłam obok niego na łóżko. Poczułam, że obejmuje mnie ramieniem i próbuje zejść z łóżka. Spuścił swoje nogi i mimo moich uwag, żeby przestał, wstał. Stał, trochę niepewnie i mierzył się wzrokiem z moim ojcem. Byłam przerażona. Albo on upadnie albo… Jak zareaguje ojciec?
- To miłość pańskiej córki mnie obudziła. Pana też powinna.
Ojciec spojrzał się na mnie. W jego wzroku nie zauważyłam już złości, frustracji czy nienawiści. Tam były tylko łzy. Uścisnął Harry’ego. Podszedł do mnie i przeprosił. Powiedziałam mu, że porozmawiamy później, a sama położyłam Harry’ego do łóżka i po uprzednim ucałowaniu go, pobiegłam do pielęgniarki.
Powiedzieć, że wydarzył się cud. Cud miłości.

niedziela, 21 kwietnia 2013

★43 Niall


Tego pana też dawno tutaj nie widziano... :D

- Taaaaaaaato! Tutaj jestem!
Nieduża, góra sześcioletnia dziewczynka stała przy barierce i machała do mężczyzny galopującego na koniu. Mimo to,  że była pewna, że jej nie usłyszy stała tam i zdzierała swój młodziutki głosik. Była dumna ze swojego taty, że bierze udział w krajowych zawodach jeździeckich. Obiecał jej, że po wakacjach ją też zapisze do szkółki. Dzień po złożeniu tej obietnicy cała szkoła wiedziała, że Kaira Collins będzie uczyć się jazdy konnej.
Nieoczekiwanie Jeremy Collins odwrócił się w stronę małej istotki i uśmiechnął się. Była pewna, że ten uśmiech był skierowany do niej. Gdy pędem mijał Juliet i Kairę, koń stanął dęba, skręcił w prawo i taranując dwóch zawodników, wywrócił się na bok, miażdżąc przy okazji jeźdźca. Na trybunach zrobiło się poruszenie. Każdy wstrzymał oddech, gdy sanitariusze podbiegli do nieprzytomnego mężczyzny i zaczęli reanimację.
Twarz małej dziewczynki stężała. Była przerażona i nie wiedziała co się dzieje. Nagle matka wzięła ją na ręce i odwracając jej główkę, szlochała w jej ramię. Kaira była pewna, że nie będzie dobrze.
***
- Hey, hou, Fury!
Klepnęłam klacz w zad. Prychnęła i odwróciła się w moją stronę. Nosem szturchnęła mnie w dłoń, dając mi do zrozumienia, że czeka na marchewkę.
- Na pewno! Najpierw cię muszę wyczyścić, kochanie, a potem porozmawiamy o żarciu!
Spojrzała się na mnie przekornie swoimi wielkimi, brązowymi oczami, a ja mogę zaręczyć, że widziałam w nich łzy.
- Oj dobrze, już…
Wyszłam z boksu i usłyszałam, jak ogon Fury uderza o drewniane ściany. Podeszłam do wiadra z warzywami i złapałam za marchewkę. Jednak nie tylko ja miałam na nią ochotę. Zobaczyłam czyjąś dłoń i od razu chciałam zobaczyć właściciela. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja prawie ugięłam się pod jego niebieskimi oczami.
- Proszę, weź.
- Dziękuję.
- Niall jestem, nowy tutaj. Przeprowadziłem się i musiałem zmienić stadninę.
- Kaira.
Nie wdając się w dłuższą rozmowę, wróciłam do swojego konia. Nie chciałam nowych przyjaźni. Nie były mi one potrzebne. Byłam pewna tego, po co tu jestem i nic nie mogło mi przeszkodzić w realizacji tego planu. Nic ani nikt.
***
- Proszę was, wychodzimy na czworobok!
Wyjrzałam z boksu i dojrzałam wysoką, szczupłą kobietę o ostrym spojrzeniu i szpicrutą w ręce. Madame Renque. Bue.
- Wolta, wężyk i serpentyna. Niall, dajesz.
Chłopak spojrzał się niepewnie po wszystkich i ruszył. Siedział na koniu pewnie i nie ulegało wątpliwości, że był najbardziej ogarniętym jeźdźcem w tej grupie. Dark po raz pierwszy nie próbował poderwać się do kłusu ani nie kręcił głową jak opętany. Cud. Z tym koniem nigdy nic nie wiadomo, a to, że dali mu go na pierwszą jazdę było szczytem chamstwa. Ale jak widać, świetnie sobie radzi. W tamtym roku James złamał sobie nogę, gdy Dark zerwał się do galopu. Bolesne przeżycie.
Nie dałam po sobie poznać faktu, że blondyn wpadł mi w oko. Zauroczenie znałam tylko z opowieści mamy. I to chyba było to, ale nie chciałam niczego komplikować. Byłam za młoda na to by się zakochać.
***
- Cześć Kaira!
Odłożyłam siodło na półkę i odwróciłam się. W drzwiach stajni stał niebieskooki chłopak.
- Cześć. Czegoś szukasz?
- Nie. Chciałem się tylko zapytać, czy chciałabyś mi dać swój numer…
- Czekaj, czekaj. To, że masz śliczną mordkę i genialnie jeździsz nie znaczy że wszystkie na ciebie będą lecieć. A na pewno nie ja.
Minęłam zaskoczonego chłopaka i pobiegłam do domu. Jutro były zawody. Te najważniejsze w moim życiu.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
- Spokojnie i oddychaj głęboko.
- Mamo, wiem.
Pocałowała mnie w czoło, a ja poczułam się znowu jak sześcioletnie dziecko. Lubiła tak robić tuż przed zawodami. Zawsze opowiadała, że robiła tak zawsze z tatą. Raz zapomniała. No właśnie. Raz.
Na początku była ujeżdżalnia. Ja nie brałam udziału, czekałam na wyścigi. Jednak Niall startował w tej konkurencji. Trzymałam za niego kciuki, mimo to, że wczoraj nie byłam najmilszą istotą na Ziemi. Potem nadeszła moja kolej. Wsiadłam na konia i na znak sędziego zaczęliśmy cwał. Czułam jak wiatr owiewa mnie z każdej strony i to uczucie kochałam. Uczucie wolności. Uczucie, za które mój ojciec oddał życie. Robiłam ostatnie okrążenie. Byłam na prowadzeniu, nikt nie mógł mnie wyprzedzić. Nagle jednak zobaczyłam kogoś z numerem 6, kto mnie minął. Zaklęłam w duchu. Ha! Przeklinałam tak, że tata musiał złapać się za głowę. Niech cię piekło pochłonie.
- Pierwsze miejsce – Niall Horan! Drugie miejsce – Kaira Collins! Trzecie miejsce – Quinn Jutson!
Spojrzałam się na sędziego. ‘Jak Bóg mi świadkiem, Niall zginie’. Nagle zobaczyłam chłopaka przeciskającego się w stronę jury. Szepnął coś na ucho sędziemu głównemu. Mężczyzna spojrzał się z zdziwiniem na chłopaka i podrapał się po prawie łysej głowie.
- Mała zmiana! Pierwsze miejsce – Kaira Collins..!
Spojrzałam się na blondyna. Uśmiechnął się do mnie, odsłaniając rząd nierównych zębów.
***
- Nie musiałeś.
- Wybacz. Musiałem. – chłopak zaczął grzebać w swojej torbie. Wyjął z niej notes. Mój notes. – Głupio mi, ale przeczytałem. Przepraszam. Wiem, jakie to zwycięstwo było ważne dla ciebie. Dlatego zrzekłem się. Dark za szybko pobiegł…. Stopowałem go, ale debil biegł dalej.
- Co zrobiłeś…?
- Przeczytałem twój pamiętnik. Nie wiedziałem czyj był, a chciałem oddać właścicielowi.
Chłopak poczuł na swoim policzku ból. Skóra zaczerwieniła się i Niall złapał się za twarz. Skulił się.
- Jestem debilem!
- A żebyś wiedział.
Kaira odeszła szybkim krokiem. Niall szybko podniósł się z ziemi i pobiegł za nią. Dziewczyna była szybsza. Biegli przez las. W oczach brunetki czaiły się łzy. To przez nie, nie zauważyła konaru i upadła. Z kolana poleciała krew. Blondyn zdjął koszulkę i zakręcił dookoła rany.
- Hej, nie płacz.
- Zostaw mnie.
- A jeśli ci powiem, że mogę być lepszy niż ktokolwiek wcześniej?
- Nikt nie jest idealny.
- Ja też nie jestem. Ale chcę być dla ciebie jak najlepszy. Poznałem cię już trochę… Jeśli to, co pisałaś w pamiętniku było prawdą…
- Chcesz być ze mną?
- Chcę, żebyś wiedziała, że dla kogoś znaczysz coś więcej. Że dla mnie znaczysz coś więcej.
Kaira pocałowała Niall’a prosto w usta.
***
Dedykacja na końcu, ale kij. Ninuś :***

★42 Louis - "Historia jednej piosenki"

Z pełną dedykacją dla Patrycji. Dziękuję. Za to że jesteś. I zadbaj o moje serce, bo oddałam je Tobie.
_________________

People say we shouldn’t be together

We’re too young to know about forever
But I say they don’t know
What they’re talk - talk - talking about

- Synu, o czym ty gadasz?!
Mama rzuciła szmatkę na szafkę, a obok postawiła szklankę, którą jeszcze przed chwilą zaciekle pucowała.
- Mamo, ale ja na serio tak myślę...
Wyprostowałem się pod jej wzrokiem. Siedziałem w milczeniu, patrząc się w jej oczy. Prawie mogłem zobaczyć w nich małe błyskawice.
- Nie denerwuj mnie, Louis. Napij się lepiej, odsapnij, może masz teraz mózg zasnuty…
- Mamo, nie. Ja ją kocham i z nią będę.
Poczułem straszny ból na policzku. Złapałem się za twarz i syknąłem z bólu.
- Gówniarzu, nie wiesz, co robisz…
- WIEM CO ROBIĘ! LEPIEJ OD CIEBIE!
Wybiegłem z domu i z zaszklonymi oczami wszedłem do szpitala.
- Miałaś rację.
- Mówiłam… Trzeba było na razie trzymać to w tajemnicy…
- Myślałem, że zareaguje inaczej…
- Co? Jak zareagowałbyś, gdyby twój syn przyszedł do ciebie i ci powiedział, że zakochał się w piętnastoletniej dziewczynie, która umiera na raka?
Cause this love is only getting stronger
So I don’t want to wait any longer
I just want to tell the world that you’re mine girl

- Zaraz otworzę okno i wykrzyczę to.
- Co?
- To, że cię kocham.
- Louis, debil z ciebie.
- Ale kochany, czyż nie?
Patrzyłem się jak przeplatała kolejne sznurki od muliny. Z każdym supełkiem szło jej coraz szybciej.
- Ej, ej, uważaj. Tutaj ci się pokręciły.
- Dziękuję.
Odwróciła twarz w moim kierunku i cmoknęła mnie w policzek. Uśmiechnąłem się patrząc w jej oczy i pocałowałem ją w stylu Eskimosa. Roześmialiśmy się, a ja wprost delektowałem się jej perlistym śmiechem.
They don’t know about the things we do
They don’t know about the I love you’s
But I bet you if they only knew
They will just be jealous of us

- Mała, stój!
- Czemu niby?
Odwróciła się i przystanęła. Woda spływała po jej włosach, które spięła w kucyk. Podszedłem do niej i ująłem jej twarz w dłonie.
- Co się śtało Louisiowi?
Uśmiechnęła się odsłaniając rząd nierównych zębów. Dłońmi, które miała schowane w kieszeniach płaszcza, objęła mnie w pasie.
- Kocham cię.
- I dlatego musimy moknąć?
They don’t know about the up all night's
They don’t know I’ve waited all my life
Just to find a love that feels this right
Baby they don’t know about
They don’t know about us

‘POTATO!’
- Do kurwy nędzy, kto ma czelność budzić mnie w środku nocy?
Wtuliłem twarz w poduszkę i nie miałem najmniejszej ochoty jej podnosić. Zaraz jednak przyszedł drugi sms i poczułem, że Harry wierci się w swoim łóżku. Podniosłem zaspaną głowę i sięgnąłem na stolik po telefon. Odblokowałem ekran.
‘2 nowe wiadomości od: Paula’
Szybko wyświetliłem wiadomości.
‘Nie mogę spać. Tęsknię za domem i za tobą.’
‘Przepraszam, jeśli budzę, wiem, że tego nie lubisz, ale naprawdę chcę wrócić do domu. Jutro (w zasadzie dziś) ma być ten przeszczep… Boję się’
Nie mogłem zadzwonić, bo pobudziłbym wszystkie pielęgniarki, ale smsowaliśmy do 6 nad ranem. Gdy przestała odpisywać byłem pewny, że usnęła. Napisałem jeszcze ‘Dobranoc kochana’ i przewróciłem się na drugi bok. Co z tego, że dzisiaj mamy ważny koncert i pewnie będę nieprzytomny. Moja mała mnie potrzebowała.
One touch and I was a believer
Every kiss it gets a little sweeter

Szedłem ulicą i myślałem o niczym.
Leniwy, czerwcowy, wolny dzień… Moje marzenie od bardzo dawna. Nagle zauważyłem, że jakieś kartki latają między stojącymi w korku samochodami. Szybko spojrzałem się na źródło zamieszania, a wtedy ono przeskakiwało pomiędzy autami łapiąc w locie skrawki papieru. Podszedłem i pozbierałem książki z krawężnika.
- Dzięki za pomoc.
Podniosłem głowę i zobaczyłem ją. Włosy spięte w kucyk, luźna koszulka, która nie opinała ciała i ukrywała dodatkowe kilogramy i uśmiech. Uśmiech, który pokochałem od pierwszego razu i byłem pewny, że chcę go widzieć do końca życia. Zapięła plecak i poszła dalej. Wtedy zauważyłem, że na chodniku został jej telefon, ale nie miałem nawet jak jej dogonić.
- Huh, będzie okazja, by się znowu spotkać…
It’s getting better
Keeps getting better all the time girl

- Uśmiechnij się. Kocham sposób, w jaki się uśmiechasz.
- Lou, nie mogę. Wszystko mnie boli.
Rysowałem kółka dookoła jej ręki.
- Wiesz, że chciałbym ci pomóc… Ale nie mogę. Jakbym chciał, żebym to ja tu leżał, a nie ty! Ale będzie lepiej… Obiecuję ci to… A na razie mogę poczytać ci! Co na to powiesz?
- Jeśli masz „I wciąż ją kocham” to masz natychmiast wyciągnąć z torby!
Uśmiechnęła się delikatnie.
- I to kocham.
Nachyliłem się i pocałowałem ją prosto w blade usta.
They don’t know how special you are
They don’t know what you’ve done to my heart
They can say anything they want
Cause they don’t know us

- Jak tam twoja mała?
- Hym, dobrze.
Podniosłem głowę znad notatek i spojrzałem się w czekoladowe oczy Zayn’a.
- Wiesz, że popieram każdą twoją miłość z całego serca, ale ona jest ciupkę za młoda, nie sądzisz?
Usiadł okrakiem na krześle.
- Nie sądzę. Wiem, że pomiędzy nami jest przepaść wiekowa, ale to nie gra roli. Wiesz czemu?
- Czemu?
- Bo dusz nie obchodzi czas.
They don’t know what we do best
It’s between me and you
Our little secret

- Marsz weselny.
- O czym do mnie rozmawiasz?
- To masz zagrać.
Siedzieliśmy przy pianinie w moim mieszkaniu.
- Uczyłem cię, nie pamiętasz, mała?
- Pamiętam. I nie nazywaj mnie mała.
- Ale to znaczy twoje imię! Dajesz, Paula.
Jej palce ślizgały się po klawiaturze, a ja zapatrzyłem się w jej nos. Miała ładny nos.
Z każdym dniem szło jej coraz lepiej. To, że uczyłem ją grać na pianinie było całkowicie moją inicjatywą, ale Paula szybko zgodziła się na ten pomysł i bardzo jej się spodobał.
***
They don’t know about us
- Co z tego? Kochamy się, czy nie to jest najważniejsze?
- Co sobie ludzie pomyślą?!
- Co mnie to obchodzi? Od 3 lat wmawiają mi, że jestem gejem! Wszystko mnie gówno obchodzi!
Wybiegłem z mieszkania mojej matki trzaskając drzwiami. Wiedziałem, co robię. Pierwszy raz od bardzo dawna byłem przeświadczony o tym, że robię dobrze.
- Dzień dobry. Jestem Louis Tomlinson, chłopak pańskiej córki.
- Wejdź, chłopcze.
Rozmawialiśmy długo. Musiałem ich namiętnie przekonywać, że nie mam złych zamiarów wobec ich córki. Nie chcieli mi uwierzyć, że jestem szaleńczo w niej zakochany, ale w końcu dali mi szansę. Jednocześnie pan Genley wskazał broń wiszącą na ścianie i spojrzał się na mnie znacząco.
- Jeśli zrobisz cokolwiek Pauli…
- Tato…
- Nie ręczę za siebie i ten twój piękny pyszczek będzie jak sitko.
- Dobrze, proszę pana, wchodzę w ten układ.
Z uśmiechem na twarzy podałem mu dłoń. Chociaż ci ludzie nas rozumieli.
***
- Jak przekonałeś moich rodziców? To było… Niesamowite!

- Ma się ten urok osobisty…
- Oj, chodź, daj buziaka małej.
Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem w nadstawiony policzek. Wolną ręką wyciągnąłem z kieszeni kurtki woreczek.
- Ja wiem… To nie są takie prawdziwe oświadczyny czy coś w tym rodzaju… Ale chciałabyś zostać kiedyś moją żoną?
- Wierz mi, że tak. Tak.
Założyłem na jej rękę bransoletkę, a w świetle kwietniowego słońca połyskiwał napis „Paula&Louis”. Uśmiechnęła się do serduszka i objęła rękami moją szyję.
- Teraz zawsze będę mogła cię mieć przy sobie.
- Ty zawsze masz mnie przy sobie. Bo masz moje serce.

czwartek, 18 kwietnia 2013

★41 Zayn

A tego pana tutaj dawno nie widziano <3333

Wstałam z łóżka. Kolejny początek roku szkolnego. Ten będzie ostatnim spędzonym w tym liceum. I dobrze. Miałam już dość tych wszystkich lizusów co za jedno spojrzenie mogliby się pogryźć. Założyłam wcześniej przyszykowaną spódnicę i białą bluzkę oraz moje ukochane szpilki. Przeglądając się w lustrze, umalowałam usta i podkreśliłam oczy. Zakręciłam włosy na lokówce. Byłam gotowa na spotkanie z rzeczywistością. Wyszłam z łazienki, a w drzwiach minęłam mojego brata bliźniaka. Nie mogłam uwierzyć, że jesteśmy spokrewnieni. Ja - królowa szkoły, on - ciamajda klasowa. W tamtym roku wywalił się o kable od głośników i wszystkie spadły, jednocześnie robiąc niezły hałas. Wstyd przed wszystkimi. Miałam ochotę go utłuc.
- Matt, czekam w samochodzie! Mamo, wychodzę!
Odpaliłam ogrzewanie. Jak na wrzesień było chłodno. Ale czego się spodziewać, mieszkam w Anglii... Grrr...
Nagle zauważyłam jak ktoś idzie chodnikiem. Byłam pewna, że nietutejszy. Rozglądał się niepewnie, jakby czegoś szukając. Gdy przeszedł tuż przed maską mojego Volkswagena Golfa pomyślałam, że lepszego ciacha rodzice nie mogli zrobić. Siedziałam w oniemieniu, gdy ten debil otworzył drzwi.
- Claire, jedziemy! - usiadł i z głośnym trzaskiem zamknął auto.
- Debilu, ciszej! Co ja z tobą mam sieroto Boża...
Zajechaliśmy na szkolny parking dokładnie dwadzieścia minut przed rozpoczęciem imprezy. Wysiadłam z samochodu i podeszłam do bagażnika by wyjąć torbę, gdy nagle ktoś mnie zaczepił. Odwróciłam się, a tam stał mój anioł. Pierwszy raz wmurowało mnie w ziemię i nie wiedziałam jak odpowiedzieć, gdy zapytał się o drogę na salę gimnastyczną.
- Moja siostra jest trochę... Niedysponowana. Wybacz jej to. Ja cię zaprowadzę. Matthew jestem.
Patrzyłam się jak debil, gdy mój ciotowaty brat odchodził z największym ciachem jakie w życiu widziałam. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nic nie mogłam zrobić. Złapałam torbę i w złym humorze pognałam do budynku.
Popchnęłam drzwi i weszłam przez nie a już obok mnie zgromadziła się grupka ludzi. Moi starzy znajomi, a także twarze, które kojarzyłam tylko z widzenia i chciały się mi podlizać. Nowy rok, nowe życie. Nie dla was, frajerzy. Zawsze będziecie takimi odludkami stojącymi z boku, jak ja kiedyś.
Wzrokiem szukałam mojego brata. Nie trudno było go znaleźć, stał z swoimi kumplami i moim ciachem pod oknem. Między nimi dostrzegłam Julie. Zgrana paczka przyjaciół… Bueee, rzygam. Na tym świecie nie ma przyjaciół.
***
- MATT, WSTAWAJ!
Podniosłam głowę z poduszki. Kto się śmie drzeć o tej godzinie? Dobra, jest jakaś 8.30.
- Staaary, weź się piernicz, daj się ludziom wyspać!
- Wszyscy czekają tylko na ciebie. No miałeś mi pokazać jak robisz tą akrobację na desce!
Założyłam sobie poduszkę na głowę i przycisnęłam do uszu. Mojemu bratu udało się zaprzyjaźnić z Zayn’em. Miałam ochotę płakać, ponieważ jako pierwszy zlał mnie totalnie. Nie spojrzał się na mnie, gdy z wielkim dekoltem stałam mu prawie pod nosem. Olewka totalna, a Claire się tak nie daje. Jeszcze pożałujesz, że się urodziłeś.
***
Weszłam do sali. Za 15 minut zaczynała się lekcja biologii. Wszyscy zgromadzili się w jednym kącie i otoczyli Zayn’a szczupłym kręgiem. Uśmiechając się pod nosem, rzuciłam torbę na ławkę. Nagle chłopak przedarł się przez tłum i podszedł do mnie.
- Miło ci tak opowiadać ploty o wszystkich? Co? Zraniłaś mnie!
- Oj, bo mnie to poruszyło. Lepiej wracaj tam skąd przybyłeś, brudasie.
Zawtórował mi chóralny śmiech z końca sali. W oczach chłopaka pojawiły się łzy i wybiegł z klasy. Zmieszałam się odrobinę, ale nie dając po sobie niczego poznać wypakowałam książki i usiadłam.
***
- Dumna jesteś z siebie?
Podniosłam głowę znad gazety. W drzwiach zobaczyłam mojego brata.
- Czego chcesz?
- Wiesz, czego chcę. Ludzie są wredni. Czemu nagadałaś takich rzeczy o Zayn’ie?
- Skąd wiesz, że to ja?
- Claire, daj spokój. Co cię podkusiło do jasnej cholery by takie coś powiedzieć? Mi to przez usta nie przechodzi!
- I co mam teraz zrobić? Przeprosić go?
- Najlepiej!
- Jak?
Rzuciłam gazetę na podłogę i podparłam kolana pod brodę.
- Dzisiaj w skatepark’u. Jak nie przyjdziesz, to jesteś pierdolonym tchórzem.
Wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
***
- Hej Zayn.
- O, patrzcie kto nas zaszczycił swoją obecnością! Claire!
- Coś nie pasi?
- Nie… Zastanawia mnie po co przyszłaś.
- Chciałam cię przeprosić. Na serio mi przykro.
- Taaaa. Też chciałbym ci coś powiedzieć. Podobałaś mi się. Ja tobie też. Ale z każdym dniem utwierdzałem się w przekonaniu, że nie jesteś dziewczyną dla mnie. Cycki na wierzchu, ślinisz się do wszystkiego, co się rusza… Wybacz.
Odwrócił się i odszedł, pozostawiając mnie w osłupieniu.
***
Następnego dnia weszłam do klasy i zobaczyłam kupkę ludzi skupioną z tyłu sali. Gdy tylko mnie zobaczyli, natychmiast do mnie podbiegli.
- To prawda, że zaliczyłaś wszystkich pierwszaków?
- To nie może być prawda! Ona tylko paru lody w schowku na miotły robiła…
Głosy gromadziły się dookoła mnie i wbijały się do mojej głowy. Nie wytrzymałam kolejnych oskarżeń. Wybiegłam z klasy, tak jak niegdyś Zayn. Wbiegłam do łazienki. Zamknęłam się w kabinie i uświadomiłam sobie co zrobiłam. Jak musiałam go zranić. Zrobiło mi się strasznie przykro, a na moim sercu osadził się kamień.
Nagle drzwi się otworzyły, a ja upadłam na podłogę. Silne ręce pomogły mi się podnieść. Stanęłam twarzą w twarz z Zayn’em.
- I co? Szczęśliwa teraz? – uśmiechnął się pod nosem.
- Tak. Przepraszam…
- Słowo rzucane na wiatr.
- Co mam obiecać?
- Że się zmienisz. Wiem co nieco o twoich wcześniejszych wybrykach, więc wiesz.. Najmilsza nie byłaś i nie jesteś.
- Przysiąc?
- Przysięgaj. Ręka na sercu…
Stanęłam na palcach i przytrzymałam jego twarz, by nie odsunął jej, gdy go całowałam. Na początku był zaskoczony, ale po chwili zaczął pogłębiać pocałunek.
- Dla ciebie?
- Dla mnie.

niedziela, 14 kwietnia 2013

★40 Louis

Dobra, mniejsza z tym wszystkim, hope u like it, mimo że taki paranormal o.o
______________


Szedłem spokojnie ulicą z papierowym kubkiem w ręku i uważałem, by nie wylać zawartości. Skręciłem w bok. Wszedłem do parku. Usiadłem na ławce. Nie chciałem wracać do domu. Dziewczyna mnie rzuciła. Nie mogłem się chłopakom pokazać w takim stanie. Oj nie. Louis jest twardy i nieugięty, arogancki, a nawet czasem egoistyczny. Ale nigdy nie ryczy z powodu jakieś głupiej laski! Proszę was!
Dumałem sobie nas tym kubkiem, a słona woda leciała wprost do niego. Chyba za dużo cukru. Nagle koło mnie ktoś się dosiadł. Mimo, że było (o niebiosa) jakieś 10 na minusie, ona siedziała w krótkim futerku i sukience. Szpilkach. Nogi zakryte delikatnymi rajstopkami. Odwróciłem twarz w jej stronę. Odgarnęła z twarzy niebiesko – czerwone włosy i spojrzała na mnie nieobecnym spojrzeniem swych  błękitnych oczu.
- Cześć, Louis.
Głos miała jak miliony dzwoneczków. Odbijał się echem w mojej głowie jeszcze jakieś 4 dni.
- My się znamy?
- Nie. Ale musisz mi pomóc.
- Jak?
- Za równe 24 sekundy minie godzina od mojej śmierci – ciarki przeszły mnie po plecach – A ja nie chciałam umrzeć. Musisz coś dla mnie zrobić.
- Co?
- Daj rękę. – posłusznie podałem dłoń Nieznajomej
Nagle na moim nadgarstku pojawiła się połówka gwiazdki. Patrzyłem się w nią oczarowany. Mieniła się wszystkimi kolorami tęczy.
- Przyjdź pojutrze na mój pogrzeb. Będzie on w tym najbliższym. Proś o otwarcie trumny. Złap mnie za nadgarstek. Proszę. Zrób to dla mnie. Ja chcę żyć!
Rozpłynęła się w powietrzu. Kontury się rozmazały, a ona sama stała się pyłkiem brokatu, który został zdmuchnięty przy najbliższym wiaterku.
Poszedłem na ten pogrzeb. Wiedziałem, że jestem świrem. Jak można ufać przywidzeniom? Trudno, wyjdę na pacana i idiotę. Zrobiłem tak, jak poleciła mi Nieznajoma. Rodzina otworzyła trumnę, gdy powiedziałem, że byłem jej chłopakiem. Była ofiarą wypadku, widziałem to po tej masie blizn i ran. O dziwo, gdy złapałem ją za rękę, na poharatanej twarzy pokazały się rumieńce. Krew sączyła się z malutkich szparek.
- Dziękuję. – szepnęła
Zaraz po tym karetka zabrała ją do szpitala, a mi znikła z ręki gwiazdka. Jej rodzice wzięli mnie do samochodu. Po drodze dowiedziałem się, że dziewczyna ma na imię Caroline. Ślicznie.
***
Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem na parkiet. Jej policzki zaróżowiły się. Kiedy ująłem jej dłoń i poprowadziłem w tan, ona uśmiechała się szeroko, a jej czerwone loki delikatnie spłynęły na czoło. Kołysaliśmy się w rytm ‘Hate This And I Will Love You’, a Harry z Niallem krzyczeli ‘Całuj, całuj!’.
Ulegliśmy ich namowom. Usta moje i Caroline połączyły się w pocałunku. Pasujemy do siebie idealnie.

★39 Louis

- Gdzie schowałeś tą pitoloną herbatę?
- Buahaha. Ja jej nie chowałem, Niall'a się spytaj, on w tej kuchni jak w wodzie.
Stanęłam na palcach i ręką szukałam opakowania z herbatą.
- Pomóc?
Jak spod ziemi obok mnie wyrósł Louis. Złapał mnie pod kolanami i podniósł do góry. Dostrzegłam pudełko i chwyciłam je.
- Dziękuję, rycerzu.
- Ależ proszę, lubię pomagać białogłowom w opałach.
- Uważaj. Bo ci tak zostanie! - Zayn odchylił się na krześle, zaraz jednak wrócił do normalnej pozycji bo Lou zmroził go wzrokiem. Wzięłam czajnik i nalałam do niego wody. Przekręciłam kurek i poszłam do pokoju. Zamknęłam drzwi, opatuliłam się kocem i wróciłam do nauki. Usłyszałam dźwięk gotującej się wody więc poderwałam się i biegiem wpadłam do kuchni. Zdjęłam czajnik z fajerki i wlałam wrzątek do kubka.
- Louis, Zayn, chcecie coś?
- Zayn wyszedł.
Odwróciłam się i zobaczyłam Louis'a siedzącego na kanapie. Gdy napotkał moje spojrzenie natychmiast się spłoszył i przeniósł wzrok na ekran telewizora.
- To może Louis chce herbaty, hę?
- Jakbyś mogła.
Wyjęłam drugi kubek z szafki i nalałam wody. Włożyłam tam torebkę z herbatą i posłodziłam. Nagle poczułam czyjeś ręce, które mnie oplotły. Uniosłam się parę centymetrów nad ziemię. Złapał mnie pod kolanami i nie miałam szans powrotu.
- Louis, debilu, co wyprawiasz??
- Zaraz zobaczysz!
Wniósł mnie do swojego pokoju, położył na łóżku i uciekł. Uciekł zamykając drzwi na klucz. Waliłam w nie pięściami, ale on pozostał nieugięty. Usiadł na podłodze. W końcu poddałam się. Z bezsilnością opadłam na podłogę.
- Czego chcesz?
On udawał, że mnie nie słyszy. Zatwardziale nucił coś pod nosem. Myślałam, że zaraz umrę. Czemu mnie zamknął?!
- You make me sick because I adore you so…
***
Góry. Maszerowali szlakiem od paru godzin, a szczytu nadal nie było widać. Nagle Pearl poślizgnęła się i upadła. Kamienie wbiły się w jej ręce, po których spłynęły malutkie strużki krwi.
- Louis!
Chłopak odwrócił się i szybko podbiegł na ratunek. Próbował ją podnieść, ale dziewczyna narzekała na silny ból w kostce. Co on zrobił? Zaniósł ją na dół. Przez kolejne parę godzin niósł przyjaciółkę na rękach. Później okazało się, że Pearl złamała kostkę. W szpitalu był przy niej… Louis, a jej obecny chłopak Greg wolał iść na piwo z kolegami.
***
- How much to moan and groan and quiver inside he needs to give you everything you need?
***
Ognisko. Pożegnanie lata. Zaczęło się robić ciemno i chłodno. Pearl trzęsła się z zimna, bo nie wiedziała, że impreza przedłuży się do późnych godzin wieczornych i nie wzięła kurtki.
- David… Zimno mi. – mruknęła ukochanemu do ucha. Ten zamiast zdjąć swoje okrycie i ją opatulić lub przytulić… Odsunął się i dalej opowiadał jakiejś dziewczynie o grze w kapeli.
- Nie przeszkadzaj. – wysyczał.
- Czyżby młoda zapomniała kurtki?
Poczuła, że na jej ramiona spada jakiś delikatny materiał.
- Dzięki, Lou.
Uśmiechnęła się do przyjaciela a on odwzajemnił.
***
- Hope, I hope you've seen the light because no one really cares they're just pretending…
***
- James, pomóż.
- Co się stało?
- Wywalili mnie z mieszkania… Myślałam, że przedłużą mi umowę ale przyjeżdża jakaś siostra kuzynki brata znajomego i nie chcą… Jestem na bruku, mogę u ciebie nocować?
Rozłączył się. Mieszkał niedaleko. ‘Może padła mu bateria?’ – zastanawiała się. Szarpnęła za klamkę. Drzwi same się otworzyły. Na fotelu siedział James… A na nim jakaś laska. Trzasnęła drzwiami i zbiegła na dół.  W jej kieszeni zaczął wibrować telefon. To był Louis.
- Hej kocie!
- Cześć…
Opowiedziała mu wszystko. Bała się, że będzie musiała wracać do domu. Do oddalonego o paręset kilometrów Teignmouth. Nie chciała tego. Uparła się na studia w Londynie i chciała je skończyć, a znalezienie mieszkania nie jest takie proste.
- Wpadaj do nas, chłopaki odgracą jeden pokój i akurat będziesz miała gdzie mieszkać!
***
Otworzyły się. Brunet wsunął głowę. Wskoczył do pokoju i zamknął drzwi. Chciałam go wyminąć i wyjść, ale on złapał mnie za nadgarstki. No tak, zawsze był tym silniejszym. Rzucił mnie na łóżko, a ja opadłam bezwiednie jak plastikowa lalka. Przytrzymywał mnie, żebym nie uciekła. Wisiał nade mną i patrzył mi się w oczy.
Bałam się. Nie znałam go takiego.
- Daj mi wszystko wyjaśnić. Otóż... Pearl, ja cię kocham. Kochałem cię jako pierwszy, ale ty nigdy tego nie zauważałaś!
- Skąd o tym wiesz?
- Bo zawsze mnie olewałaś.
- Hello, kto tu kogo leje. Masz dziewczynę!
- Wiesz dobrze, że to ustawka.
- Nie chcę żyć w trójkącie.
Puścił mnie. Szybko usiadłam. Wtedy on podszedł do okna i je otworzył. Usiadł na parapecie.
- Wiesz jak bolało to, gdy patrzyłem jak umawiasz się z kolejnymi dupkami?
- Wiesz czemu się z nimi umawiałam?
- Nie.
- Bo bolał mnie twój związek.
Podeszłam do niego. Złapałam go za rękę i oparłam się o ścianę.
- Obiecasz mi coś, Lou?
- Co?
- Że mnie nigdy nie opuścisz.
- Obiecałem ci to już dawno temu.
***
Lato. Para przyjaciół idzie plażą. On niesie swoje i jej sandały. Ona skacze po falach. Nagle zrobiła fikołka i wpadła do wody. Chłopak rzucił buty i pobiegł. Wyniósł ją z wody.
- Louis, obiecaj mi jedno.
- Co mam ci obiecać? - uśmiechnął się łobuzersko.
- Że zawsze będziemy razem.
- Obiecuję ci, że nigdy cię nie opuszczę.



sobota, 13 kwietnia 2013

★38 Harry

Strasznie naciągane... Kochani, Bells się wypaliła... ;________________;
___________________________

Machnęłam kredką kreskę nad okiem. Spojrzałam się w lustro i cmoknęłam do siebie. Chwyciłam jeszcze błyszczyk, by poprawić usta i obciągnęłam sukienkę.
- Babciu, ja wychodzę.
- Baw się dobrze! Czekać na ciebie?
- Nie, nie trzeba!
Wyszłam z domu i skierowałam się w stronę klubu w którym moja najlepsza przyjaciółka miała urodziny. Te 18, najważniejsze w całym życiu. Ja swoje będę miała za niecałe 3 tygodnie. Weszłam do pomieszczenia. Szybko odnalazłam moje znajome.
- Gotowe na niezapomniany wieczór?!
No właśnie. Niezapomniany. Tylko tyle pamiętam z tamtej nocy. Obudziłam się na jakiejś klatce schodowej, nie wiedziałam gdzie jestem ani jak dojść do domu. Jakby to powiedziała Katrin ‘To znak, że impreza była udana’. Ale w tym momencie nie było mi do śmiechu. Zauważyłam dookoła siebie plamy krwi. Szybko zlokalizowałam źródło krwawienia i przeraziłam się. Wstałam z podłogi. Obok leżała mój płaszcz. Założyłam go i stwierdziłam, że nie jest tak źle. W ciemnościach nie mogłam dostrzec, czy gdzieś koło mnie leżaki torebka. Zaczęłam szukać  po omacku, lecz nigdzie jej nie było. Mruknęłam pod nosem i ostrożnie zeszłam po schodach by nie robić hałasu.  Wyszłam na ulicę. Każdy gdzieś się śpieszył. Zauważyłam chłopaka, który smsował, a w drugiej ręce trzymał kubek po kawie. Niepewnie do niego podeszłam.
- Wiesz, która jest godzina?
Spojrzał się na mnie jak na kosmitę i schował telefon do tylnej kieszeni spodni.
- Boże, debil ze mnie. Poczekaj, zaraz sprawdzę.
Wyciągnął aparat i odblokował.
- 3.30 rano.
- Dziękuję.
Już miał się oddalić, gdy złapałam go za rękaw kurtki.
- Przepraszam, ale... Gdzie jesteśmy?
- Londyn, złotko. Old Queen Street.
- Dziękuję ci jeszcze raz.
- Skąd jesteś? Jak masz na imię?
I w tym był problem. Miałam dziurę w głowie. Łzy pociekły mi po policzku.
- Hej, hej! Nie płaczemy!
- Ale... ja nic nie pamiętam!
Opowiedziałam mu strzępki wspomnień, które siedziały w mojej głowie. Chłopak zaprowadził mnie do swojego mieszkania. Pomógł mi się umyć i dał swoje ciuchy, bym mogła się przebrać. Weszłam do salonu, a tam mój wybawca siedział z jakimś gościem na kanapie.
- Cześć...
- Nie wstydź się!
Harry poderwał się z sofy i podszedł do mnie.
- To jest Louis, on ze mną mieszka.
- Louis twierdzi, że zna skądś tą dziewczynę. Niech ja sobie przypomnę skąd... Nie pamiętasz nic?
Potrząsnęłam głową. Nagle w pomieszczeniu rozległ się dzwonek telefonu. Lou wyjął aparat z kieszeni.
- Ha! Już wiem! Ty mieszkasz naprzeciwko Tim'a!
- Tim Dersty?
- Yup.
- Dobra, ogarniam gdzie. Dawaj, odwiozę cię.
Pół godziny później byłam pod moim blokiem. W zasadzie oni twierdzili, że ja tam mieszkam. Harry pomógł mi wysiąść z auta i podszedł do furtki. Wybrał jakiś numer na klawiaturze domofonu, zamienił parę słów z jakimś gościem i otworzył drzwi. Weszliśmy po schodach na pierwsze piętro.
- Hej, stary!
- No długo się nie widzieliśmy.
- Cześć Madison. Twoich rodziców nie ma w domu, oni pojechali na pogrzeb twojej babci... Przykro mi. Staruszka zmarła 4 dni temu.
Poczułam, że otwieram drzwi podpisane "Życie przed osiemnastką Katrin". Zaczęłam płakać i rzuciłam się w ramiona Harry'ego.
Babcia była moją najbliższą osobą. Rodzice ciężko pracowali, długo nie było ich w domu. Całe dnie spędzałam z seniorką rodu. Rozumiałyśmy się bez słów. Podeszłam do drzwi i wyciągnęłam spod wycieraczki klucz. Otworzyłam drzwi i zaprosiłam chłopaka do środka. W korytarzu nie wytrzymałam i zaczęłam rzucać się jak wściekła. Wtedy on podszedł i mnie przytulił. Pozwoliłam łzom płynąć swobodnie.
- Masz jakieś zdjęcia swojej babci?
- Mam całe albumy...
- Pokazałabyś?
- Chyba taaak.
Weszliśmy do salonu, a ja z półki na książki wyciągnęłam album. Usiadłam na obitej skórą kanapie i kazałam chłopakowi klapnąć obok. Otworzyłam karty, a w moich oczach pojawiły się słone krople. Tu z babcią w przedszkolu, tu mój pierwszy raz na rowerze, tu moje pierwsze ciasto. Ktoś przekręcił klucz w zamku. Poderwaliśmy się z miejsc i stanęliśmy na baczność. Zobaczyłam moich rodziców, oboje byli zapłakani i w czarnych ubraniach.
- Madison!
Moja mama podbiegła i przytuliła mnie mocno. Odwzajemniłam uścisk.
- Dzień dobry, jestem Harry Styles, znalazłem państwa córkę. Ona była … zgwałcona. Ja tylko pomogłem. 
Wytłumaczył w jakim stanie byłam, gdy znalazłam się na Old Queen Street. Wszystko potoczyło się szybko.  Harry zmył się. Rodzice zawieźli mnie na komisariat. Musiałam tam wszystko opowiedzieć. Wszystko co pamiętałam, a to było niewiele. Wróciłam do domu i zamknęłam się w pokoju. Nie chciałam z nikim gadać. I tak było przez pół roku.
***
- MADISON!
Odwróciłam się. Nie codziennie wołają cię w środku Londynu. Zauważyłam, że przez tłum przedziera się kręcona czupryna.
- Cześć.
- Co tam?
- Nadal tak samo…
- Ja cię przepraszam że wtedy nie wziąłem od ciebie numeru… Naprawdę mi przykro… Skąd wracasz?
- Byłam u psychologa…
- Chodź ze mną!
Pociągnął mnie za rękę i szliśmy uliczkami w dół. Nagle chłopak zatrzymał się i zawiązał na moich oczach apaszkę. Szliśmy ostrożniej, żebym się nie wywaliła. Poczułam, że położył mi ręce na ramionach i ich ciężarem każe mi usiąść. Ostrożnie usiadłam po turecku. Wtedy Harry zdjął chustkę. Zobaczyłam wody Tamizy.
- Po co tutaj mnie zabrałeś, co?
- Widzisz statek?
- Widzę.
- Wodę widzisz?
- Widzę.
- Jak zachowuje się statek bez wody?
- Nie płynie, ale co to ma do rzeczy?
- Daj skończyć. – pokazał mi ogromnych rozmiarów tatuaż na przedramieniu. – Jestem statkiem i chyba znalazłem dobrą wodę po której mogę pływać. Moją wodą jesteś Ty. 

czwartek, 11 kwietnia 2013

KOLEJNE OGŁOSZENIE PARAFIALNE

Ostatnimi czasy trochę namieszałam, bo do każdego postu dodaję zdjęcia i etykiety. Ale także oznaczę wszystkie opowiadania gwiazdkami.
★ → opowiadanie under eighteen
☆→ opowiadanie over eighteen
^^
A WIĘC ZACHĘCAM DO CZYTANIA I KOMENTOWANIA ♥

środa, 10 kwietnia 2013

★37 Louis

#ParanormalActivity
Przepraszam za błędy, pisane na telefonie :)
Enjoy! :333
Przechadzałam się spokojnie w tą i z powrotem. Kopałam bosą stopą kawałki chmur, które podlatywały do góry i rozlatywały się w powietrzu. Cisza biła mnie po uszach. Czasem spokój tutaj był nie do zniesienia. Ale cóż. Trzeba było bardziej uważać na dole, może bym tutaj nie trafiła... Jak to mawia Przełożony - przeznaczenie i tak cię znajdzie. Tsaa. To że w wieku 21 lat zostałam brutalnie zgwałcona i zamordowana, było moim przeznaczeniem. Zatrzymałam się na samo wspomnienie śmierci. Wzruszyłam ramionami i dalej kopałam w obłoczki. Stanęłam w jednym miejscu i konsekwentnie wierciłam dziurę. W końcu pode mną rozpostarła się urokliwa okolica. Rozejrzałam się czy nikt nie nadchodzi i dałam nura w czeluść. Zachaczyłam parę razy o drzewo i w końcu wylądowałam w cierniach. Super. Dopiero się uczyłam latać, ale moja koordynacja ruchowa pozostawiała wiele do życzenia już w czasach gdy byłam człowiekiem. Otrzepałam pospiesznie białą suknię, poprawiłam aureolę i ruszyłam przed siebie. Chodziłam pomiędzy ludźmi, którzy cały czas gdzieś się spieszyli. Byli samotni w tłumie. Dało się to wyczytać z ich myśli, których ilość mnie przytłaczała. Ale cóż, jestem w samym centrum Londynu. Miasto, które rzadko zasypia. O ile w ogóle. Krążyłam po uliczkach niezbyt wiedząc co ze sobą zrobić. Śmiałam się z "wielkich miłości". Też raz byłam tak zakochana. O! I patrzcie kim teraz jestem. Chłopak złapał dziewczynę za rękę i obrócił ją dookoła jej osi. Ona zaśmiała się i ruszyli dalej. Szłam depcząc im po piętach. Słyszałam ich pełną czułości rozmowę. Miałam ochotę puknąć chłopaka w plecy i powiedzieć mu że rzygam tęczą. Zapomniałam. Jestem duchem. Nagle para skręciła w bok, a ja automatycznie poszłam za nimi. Podeszli do budki z lodami. Wtedy zobaczyłam jego. Siedział po turecku na ławce, w ręku trzymał gazetę, obok niego stał kubek z kawą. Stanęłam jak wryta. Jeśli ktoś tu był aniołem, to on. Kurde. Jestem duchem. Dupa. Dupa. Dupa. Przeszłam się do niego i zauważyłam dziewczynę biegnącą w jego kierunku. Rzuciła się ona na jego szyję, a on pocałował ją koło ucha. Serce przestało mi bić po raz kolejny. Słyszałam jak rozbija się na malutkie kawałeczki.
Czemu czułam się potwornie? Przez długi czas tkwiłam w toksycznym związku. Bie widziałam, że on mnie zdradza, wykorzystuje na każdym kroku. Dla niego zerwałam wszystkie kontakty z rodziną i przyjaciółmi. Zrobiłam to, bo oni chcieli bym nie cierpiała. Myślałam że rozdzielenie nas będzie największą karą. Myliłam się. Noc, w którą zginęłam była najstraszniejszą karą za moje błędy. Nic nie mogłam teraz zrobić. Mogłam się tylko patrzeć jak zakochani mają szczęśliwe życie i kochają się.
Nagle zauważyłam pewną nieprawidłowość w zachowaniu tej pary. O ile dziewczyna była zadowolona, to chłopak wyglądał jak zamknięty w klatce. Miałam ochotę wziąć go zq rękę i uwolnić od trosk. Usiadłam na trawie naprzeciwko nich. Nie wiem jak długo to trwało, ale w końcu dziewczyna wyjęła telefon i odebrała jakiegoś smsa. Poderwała się i cmokając chłopaka w policzek szybko się pożegnała. Otrzepałam się i usiadłam obok. Obróciłam twarz w stronę chłopaka. Miał śliczne włosy. Z zacięciem wpatrywał się w strony gazety. Nagle odwrócił się do mnie. Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały.
- Przepraszam. Mogłabyś się tak we mnie nie wpatrywać?
Szybko wyprostowałam się i siedziałam jakby ktoś kazał mi połknąć kij.
- Ej. Nie stresuj się tak. Źle się poczułem, gdy taka śliczna kobieta się na mnie patrzyła.
Poczułam jego dłoń na moim ramieniu. Poczułam. O ja...
- Nellie. - wyciągnęłam do niego dłoń, a on ją pocałował. Pies z tobą, facet.
- Louis.
Zmierzył mnie wzrokiem. Wiedziałam,  co zobaczył. Skrzydełka, aureolka i blond włosy. Wariatka, która uciekła z psychiatryka. Grrr.
- Ładna koszula. Jesteś stąd?
Spojrzałam na siebie. Gdzieś zniknęła moja bielutka sukienka. Byłam ubrana w zwykłą, lekko zieloną koszulę i jeansy. Dzięki, Boże.
- Tak. Jestem z Londynu.
Zaczęliśmy rozmawiać. Louis okazał się być miłym gościem. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Kiedy poprosił nnie o numer, spanikowałam. Kazałam mu przyjść jutro w to miejsce o tej samej porze.
Spotykaliśmy się co częściej. Dziwił się, że nie mam telefonu. Zerwał ze swoją dziewczyną. Powiedział mi, że ten związek był ustawiony. Spacerowaliśmy przy świetle księżyca. Była ciepła noc. Złapał mnie za rękę. Poczułam jak iskierki dotykają mojej skóry. Nagle Louis cofnął dłoń.
- Co zrobiłaś?!
- O co chodzi?
- Poczułem jakby mnie prąd łaskotał. Ale wiesz co... Przepraszam. Kocham Cię.
Tamtego dnia nie mogłam się wznieść. Wystraszyłam się. Błąkałam się po ciemnych uliczkach, nie wiedząc co mam ze sobą zrobić. W końcu postanowiłam pójść do Lou. Zapukałam niepewnie w jego drzwi. Chłopak mnie nie rozpoznał. Wystraszyłam się. Wróciłam do mojego rodzinnego domu. Mama zdziwiła się na mój widok. Pytała się mnie o Tom'a. Spojrzałam się na kalendarz. Był 15 maja 2013. Dzień mojej śmierci. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam. Stał tam Tom. Znałam to. Teraz on zabierze mnie do siebie, tam zgwałci a potem udusi. Kazałam mu sekundę zostać na zewnątrz. Poszłam do kuchni, wzięłam garnek i rzuciłam w mojego chłopaka. Moja rodzina miała nieziemską minę, gdy brunet zjeżdżał po schodach, a ja trzasnęłam drzwiami.
Minął rok. Stałam w parku i patrzyłam się jak Louis siedzi na ławce z Eleanor. Rozmawiają, śmieją się. On jednak nie wygląda na szczególnie szczęśliwego, za to ona aż promienieje. Nagle odbiera smsa. Szybko żegna się z chłopakiem i całuje go w policzek. Usiadłam obok. Obróciłam twarz w kierunku chłopaka.
- Przepraszam. Mogłabyś się tak we mnie nie wpatrywać?
Dzisiaj jesteśmy szczęśliwi. Los czasem daje nam drugą szansę na naprawienie swoich błędów. Błędów przeszłości.

wtorek, 2 kwietnia 2013

★36 Louis

Tego Lou tam mało, ale chodzi o sam fakt, że nawet z takiego doła można wyjść z nosem do góry. Like a Bells. Ja wam jeszcze wszystkim pokażę! :D
***********************************
Jestem typowym dzieckiem blokowisk. Wychowałem się w nieciekawej okolicy. Moi kumple od najmłodszych lat byli ścigani przez policję. A to za kradzież, a to za rozbój... Z rodzicami ciężko było mi się dogadać. Ojca praktycznie nie miałem. Matka żyła w strachu przed mężem. Śmiałem się z niej. Mogła go wywalić na zbity pysk, ale tego nie zrobiła. Miałem jej za złe, że wracałem każdego dnia ze szkoły ze strachem w sercu. Czy ojciec znowu będzie nachlany? Będzie agresywny? Będzie bił mnie, lub co gorsza, mamę? Coraz częściej uciekałem z domu. Na tych moich eskapadach poznałem smak narkotyków. Na początku starczyło mi kieszonkowego na moje uzależnienie, lecz z czasem kasa stopniała jak lód. Zacząłem obrabiać kioski i staruszki. Jednak potrzebowałem więcej i więcej. Któregoś dnia, gdy byłem naćpany, zaatakowałem faceta. W ciężkim stanie trafił do szpitala, a ja do poprawczaka. Siedzieli tam za różne rzeczy. Od drobnych kradzieży po gwałty. Nie mogłem okazać, że się boję. Zostałbym wyśmiany i pewnie by mnie prześladowali. Nie chciałem tego. Udawałem twardziela, chociaż w środku mną dygotało. Pojąłem, że utrudniałem i tak ciężkie życie mojej matki. Było mi wstyd. Jednak nic nie zmieniłem w swoim życiu. Uciekałem z poprawczaka, biłem się za kasę i ćpałem. Wychowawca kiwał mi wskazującym palcem nad głową, a ja pokazywałem mu środkowy. Pewnego dnia moja mama miała zawał. Trafiła do szpitala. Dostałem przepustkę, żebym mógł ją odwiedzić. Dziwnie się czułem gdy stałem na białym korytarzu. Wiedziałem, że to także moja wina. Nagle zobaczyłem jego. Szedł korytarzem, a na ręce miał gips. Podszedł do mnie, a serce podskoczyło mi do gardła. W życiu nie interesowałem się facetami... Ale ten był inny. Podszedł do mnie i zapytał się czy może usiąść. Ja zmieszany odparłem, że nie będę siadał, jednak tylko kiedy zawołali starszą panią z mojej prawej strony to natychmiast usiadłem. Czułem motylki w brzuchu. Po raz pierwszy w życiu byłem zauroczony, ba, może nawet zakochany. Bałem się zagadać.
- Więc... Co tutaj robisz?Usłyszałem jego aksamitny głos i każdy nerw w moim uchu się poruszył. Gdybym tylko mógł, to słuchałbym go godzinami.- Moja mama miała zawał, czekam aż lekarz wyjdzie i coś mi powie, bo nie chcą mnie do niej wpuścić. - Przykro mi.- Uh. To w większości moja wina. Byłem cholernie złym synem. Teraz jestem na przepustce z poprawczaka.- A mi mają zdjąć gips. Glebłem się przed domem. Sierota ze mnie.Zdziwiła mnie jego reakcja. Zazwyczaj, gdy mówiłem, że jestem z poprawczaka, ludzie uciekali wzrokiem lub szybko kończyli rozmowę. A on jakby nigdy nic powiedział czemu tu się znajduje. Siedziałem wyprostowany jak z kijem w tyłku. Kątem oka zauważyłem, że nieznajomy wyjął kartkę i coś na niej skrobie. Szło mu to opornie, ale nie starałem się mu pomóc. Nie chciałem mieć z nim żadnego kontaktu. Podniósł oczy w momencie gdy drzwi do gabinetu się otworzyły. Wcisnął mi w pięść karteczkę.Lekarz powiedział mi, że mama ma się dobrze i ma szanse na wyjście w ciągu miesiąca. Wracając do ośrodka biłem się z myślami. Co mam robić? Czy decyzja, którą podejmę będzie słuszna? Skręciłem w kierunku kiosku. Wyjąłem ostatnie drobniaki i kupiłem kartę do budki telefonicznej. Wykręciłem numer zapisany na skrawku papieru. Nasza rozmowa nie trwała długo. Umówiliśmy się na listy.Przez następny czas byłem strasznie grzeczny. Czasami siebie nie poznawałem. Czemu? Louis mi kazał. Być lepszym. Dla siebie, dla mamy. I tak dużo zła wyrządziłem w swoim krótkim życiu. Coraz częściej byłem wypuszczany na przepustki. Siedziałem u mamy, ale myślami byłem z Lou. Gdy mój czas się kończył to on odprowadzał mnie do ośrodka. Oczywiście kiedy mógł. Często miał próby, ostatnio był w trasie… Gdy mnie poprosił, zapisałem się na kurs mechaniki samochodowej. Powiedział, że gdy wyjdę z ośrodka będzie dla mnie lepiej, jak będę miał zawód. Był dla mnie jak starszy brat, słuchałem się go we wszystkim. Był dla mnie ostoją. Kochałem go. I kocham nadal. Romantyczną miłością, która potrafi zmienić życie i sprawić, że stajesz się lepszy. Dużo lepszy. Szczęśliwszy. Tworzyliśmy zgraną parę. Nasi znajomi polubili nas jako parę. Moja mama pokochała Lou jak własnego syna. Czułem się dobrze ze świadomością, że nikogo nie krzywdzę. Że w końcu zacząłem żyć normalnie. Ale nie zrobiłbym tego gdyby na mojej drodze nie stanął Louis – chłopak w bluzce w paski.

piątek, 29 marca 2013

★35 Liam

Pisałam to o drugiej w nocy... Wybaczcie błędy stylistyczne i powtórzenia :)

Muzyka <3



Wbiłem szpadel w glebę. Grudki ziemi przełożyłem z boku. Złapałem sadzonkę wierzby płaczącej i wsadziłem ją w dołek. Spojrzałem się w górę. Helen siedziała na parapecie. Uśmiechała się promiennie. Nie ruszyła się od momentu, w którym ją tam posadziłem. Pomachałem jej, a ona podniosła rękę, by mi odmachać… I upadła. Po prostu wypadła z okna. Rzuciłem się do biegu. Nie dotarłem na czas. Nie zdążyłem jej złapać. Upadła na chodnik przed naszym domem, twarzą do betonu. Odwróciłem ją. Twarz była zmasakrowana. Nie przejmując się tym sprawdziłem, czy oddycha. Na szczęście, oddychała. Zadzwoniłem po karetkę.
Siedziałem przy oddziale intensywnej terapii. W czasie transportu do szpitala stan Helen pogorszył się. Przestała oddychać. Bałem się jak diabli. Ostatni raz czułem się tak, gdy potrącił ją samochód. Straciła władzę w nogach, nie czuła nic od pasa w dół. Dlatego siedziała na tym cholernym parapecie. Dlatego nie poczuła, że jak podniesie rękę, to na drugiej się nie utrzyma. Byłem głupi. Nie zostałem z nią, tylko poszedłem sadzić to głupie drzewko. Zawsze mi powtarzała, że chciałaby mieć wierzbę w ogródku… Uległem. Posadziłem ją na tym parapecie i zszedłem na dół. I wykopałem dołek. Jakby dla niej.
- Może pan wejść. Tylko szybko.
Założyłem fartuch i ochraniacze. Wpadłem na tą salę, gdzie leżała ona. Przyciągnąłem stołek i usiadłem na nim. Nadal była nieprzytomna, ale serce biło równo. Wsłuchiwałem się w delikatne pikanie aparatury. Ująłem jej dłoń i delikatnie głaskałem, ostrożnie, by nie wyrwać wenflonu. Była taka blada, taka bezbronna… Miałem ochotę wyjąć ją z tego łóżka i zanieść do domu. Nie dopuścić nikogo. Ona była tylko moja. Moja mała, piękna Helen.
Nagle na wyświetlaczu pojawiła się ciągła kreska. Wybiegłem na korytarz wołając lekarza. Odepchnęli mnie i wpadli na salę. Zostałem wyprowadzony przez pielęgniarkę z oddziału. Pod drzwiami rozpłakałem się. Zacząłem błagać Boga, by stał się cud. W życiu nie modliłem się tak gorliwie jak wtedy. Wyobrażałem sobie życie bez Helen. Bez jej codziennego uśmiechu. W zasadzie… Próbowałem sobie wyobrazić…
Wyciągnąłem telefon. Jedyną osobę, do której mogłem teraz zadzwonić był Chris. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Stary, hej. Co się dzieje?
Opowiedziałem mu, co się dzieje. Powiedział, że zaraz przyjedzie. Dwadzieścia minut po tej rozmowie czułem, że podtrzymuje mnie silne ramię. Tylko dzięki niemu nie zszedłem z tego świata. Zza oszklonych drzwi wyszła pielęgniarka. Szepnęła mi na ucho, że chyba nie odratują Helen. Za mało szans. Drugi raz nie wykręci się śmierci. Po pierwszym wypadku miała w sercu rozrusznik. Oparłem się o ścianę. Zrobiło mi się słabo, a czułem, że mój świat się kończy. Każdy oddech Helen był dla mnie promieniem słonecznym, a jak wiadomo, człowiek bez słońca długo nie pociągnie…
Minęły minuty, może godziny. Wyszedł lekarz. Powiedział, że wszystko jest dobrze i będzie coraz lepiej. Kazał mi iść do domu. Stwierdził, że wyglądam jak siedem nieszczęść. Chris przytaknął mu i pociągnął mnie do auta.
W domu przez kilka tygodni siedziałem jak na szpilkach. Chris był jeszcze w szpitalu. Lekarz powiedział mu, że jeśli będzie możliwość zobaczenia się z Helen, to powiadomi nas. Nie mogłem się doczekać tego jednego telefonu. W domu wszystko przypominało mi ją. Każdy ręcznik, każda książka, każda poduszka. Nie mogłem dłużej wysiedzieć w tych 4 ścianach. Wyszedłem z domu i skierowałem się do parku. Był początek wiosny. Minąłem kiosk. Moją uwagę przykuły nagłówki gazet.
Czy Liam Payne zdradzał swoją narzeczoną?
Czemu Helen rzuciła się z okna?
Czy ta dziewczyna była zdradzana przez gwiazdeczkę?
Zabolało mnie to. Złapałem parę gazet i zapłaciłem za nie. Prawie biegiem rzuciłem się do domu. Zamknąłem drzwi i usiadłem w kuchni. I czytałem. Czytałem te wszystkie bzdury o domniemanych zdradach, powodach ‘próby samobójczej’ Helen, a nawet o tym, że to ja wypchnąłem ją z okna, by pozbyć się ‘problemu’ jakim była niepełnosprawna narzeczona. Każde słowo wbijało się w moje serce jak sztylet. Chris znalazł mnie zwiniętego w kłębek pod stołem. Powiedział mi, że Helen wybudziła się, a ja… W ciągu 3 minut byłem zwarty i gotowy do drogi. W czasie podróży zastanawiałem się skąd w tych ludziach tyle nienawiści…
Przenieśli ją na oddział pooperacyjny. Wszedłem na salę z ciężkim sercem. Nie byłem pewny, co tam zobaczę. Helen spała, lecz gdy tylko usłyszała moje kroki podniosła powieki. Jak miło było widzieć ją wśród żywych! Podszedłem do niej i ją przytuliłem. Nie chciałem jej puszczać, trzymać cały świat w ramionach to takie wspaniałe uczucie. Nagle ona wysunęła się z moich objęć.
- Kochanie, nie gorączkuj się tak. Będziesz miał masę czasu do przytulania… I jedną dodatkową osobę.
***
- Wiesz, że się bałem?
- Czego?
- Że cię stracę.
- A zyskałeś syna.
- Tak.
Odchyliłem się w bok i pocałowałem Helen w policzek. Siedzieliśmy pod wierzbą, którą zasadziłem 13 lat temu. Dzisiaj patrzyłem się na mojego nastoletniego syna, całowałem piękną żonę i trzymałem na rękach trzymiesięczną córkę. Życie potrafi ci dokopać, a potem wynagrodzić tak, że nie będziesz miał pojęcia jak dziękować. 

czwartek, 28 marca 2013

OGŁOSZENIA PARAFIALNE :D

Dobra. Ja wiem, że jestem dopiero od wczoraj... Ale dziękuję za 109 wyświetleń! ;***
Mam jedną, małą prośbę... Komentujcie :D Bo ja czasami nie ogarniam, czy tematyka dobra, czy coś dobrze ujęłam, czy nie... I jakby wystąpiły jakieś błędy merytoryczne to przepraszam .______.
Czyli w skrócie... MACIE MNIE POPRAWIAĆ :D

środa, 27 marca 2013

★34 Niall

O Boże. Na serio nie wiem jak dziękować moim przyjaciołom i ten blog wydaje mi się jedyną formą przekazania tego, że was kocham, i że obiecuję się poprawić :')
Żadne opowiadanie nie byłoby napisane bez wsparcia Asi... a od pewnego czasu również Patrycji. I mimo że celują do mnie z wieeeeeeeeeeelkiej i wymalowanej armaty... Wy mnie trzymacie! Dziękuję :*
_______________________________

Z uśmiechem na ustach wyszłam z domu. Miałam ochotę się przejść, a padający wokół śnieg sprzyjał spacerom. Gdy łaziłam w tę i z powrotem po parku nagle do mojej nogi przypałętał się jakiś szczeniak. Był to labrador. Na jego szyi była zielono-żółta obroża, ale kartka chyba pieskowi wypadła, lub mało przezorny właściciel jej tam nie umieścił. Cóż miałam zrobić? Wzięłam czworonoga do domu z obietnicą, że z rana zrobię ogłoszenie.
Nazajutrz rano latałam jak szalona po mieście z ulotkami. Przyczepiałam je dosłownie wszędzie. Koło 13 poszłam do domu. Wyprowadziłam pieska na dwór i wróciłam. Gdy weszłam, mama od razu mi powiedziała, że przyszedł ktoś po psinę. Byłam zadowolona, że moja akcja przyniosła rezultat. W kuchni siedział chłopak z burzą loczków i blondyn. Gdy blondyn zobaczył psa od razu poderwał się z miejsca. Szczeniak też depnął w jego stronę. Zaczęli się witać z wielkim entuzjazmem. Nagle blondyn podniósł swoje niebieskie oczy na mnie.
- Cześć. Dzięki, że znalazłaś mojego pieska. A że nagroda się należy, czy zechciała by się panienka umówić ze mną na kawę? – ukłonił się nisko jak paziowie w tych błazeńskich filmach.
- Jasne. Kiedy?
- Niespodzianka. Zapisz mi swój numer.
Dałam mu numer do siebie. Już następnego dnia wysłał mi smsa, żebym wyszła przed blok. Wyleciałam z domu nie mówiąc nic nikomu. Pod klatką stał blondyn. Wtedy sobie uprzytomniłam, że nie znam nawet jego imienia!
- Cześć! Zgubiłeś psa?
- Hej! Nie do końca. Został w domu. Jak masz na imię, milady?
- Char. A Ty?
- Niall.
Przez godzinę łaziliśmy w tą i z powrotem po parku. Tak jak wtedy, gdy znalazłam jego psa. Nagle pojawił się z nie wiadomo skąd kolega Nialla.
- Hej kochani, mogę wam coś powiedzieć?
- Dajesz, ale szybko!
- Otóż, mam na imię Harry…
- Jezu, mieszkam z Tobą, wiem to…
- Ale Twoja koleżanka nie wie!
- Dobra, co się urodziło?
- Otóż. ‘Zgubiłem’ tego psa specjalnie…
- Coooo?!?!
- Daj dokończyć, człowieku. Bo Niall się w Tobie, Charlotte podkochuje, wiesz? I jak zobaczyłem Ciebie w parku, to sobie pomyślałem ‘Czemu nie?’. No i wypuściłem psa, a pies pobiegł…
- Ty idioto…
- Sam byś w życiu nie zagadał. Spotykał Cię codziennie na przystanku, potem wyczaił Twoje imię, a my w nocy słyszeliśmy tylko ‘Charloooooooooooooootte’. Dobra, to ja lecę, bo się z Liamem na gokarty umówiliśmy. Bye, gołąbeczki! – rzucił się biegiem w kierunku, z którego przybył. Chyba się bał trochę Nialla.
***
Spotykaliśmy się codziennie. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Przymknęłam oko na jego zauroczenie. Ale kiedy miesiąc po tej historii z psem zapytał mnie o chodzenie, bez wahania się zgodziłam. Też się zakochałam.



☆/★33 Zayn (z małymi przeskokami czasowymi xd)


Nie wiedziałam jak oznaczyć, ponieważ pojawia się samo wspomnienie współżycia, ale bez opisu :P
A to dla wszystkich ludzi z którymi piszę i będę pisać :D
Czyt. rozmawiać xd

*słodziutki, czternastoletni Zayn :3*
Założyłem na uszy słuchawki. Włożyłem płytę do napędu i zamknąłem wieczko. Z głośniczków popłynęło delikatne uderzanie o struny gitary. Potem w tle słychać było uderzenia w bębny. Rozkoszowałem się delikatnym głosem wokalistki. Ślicznie śpiewała…
Wtedy weszła mama. Zawołała mnie na obiad. Wyłączyłem odtwarzacz i poszedłem do jadalni.
***
*tak samo słodki Zayn, tylko 6 lat starszy xd*
Denerwowałem się. To był kolejny koncert, ale i tak się denerwowałem jak nigdy. Wiedziałem, że na trybunach siedzą Oni. Chcą z nami nagrać duet zespołowy. To po to poszedłem do XFactora. Dzisiaj nie byłem niczego pewny.  Spojrzałem na Louisa. Nie tylko ja miałem cykora. Ale wyszedłem. Śpiewałem najlepiej jak umiałem.

Udało się! Mieliśmy nagrać z Nimi jeden numer. Podnieciłem się jak nie wiem. Byłem tak uradowany, że skakałbym po londyńskich ulicach i całował każdego, kto przechodziłby obok. Moje marzenie z dzieciństwa się spełnia!

Nadszedł ten dzień. Mieliśmy się z nimi spotkać na zobaczenie tekstu, który miała napisać Lily-Grace. Siedzieliśmy u Harry’ego. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Niall poderwał się, by otworzyć drzwi. Do środka weszło troje ludzi. Pierwsza do przedpokoju weszła Lily-Grace. Zdjęła szpilki i płaszcz.
Jej tekst opowiadał o miłości. Zdziwiło mnie to. Zazwyczaj pisała o przyjaźni, potrzebie drugiego człowieka… Och, pewnie się zakochała! Mina mi zrzędła. Teraz nie miałem u niej żadnych szans. Równe ZERO, a może nawet na minusie. Tyle lat czekałem!

Nagraliśmy piosenkę. Dzisiaj był ostatni dzień naszej wspólnej pracy. Siedziała w swojej przyczepie, mieliśmy półgodzinną przerwę. Co mogłem zrobić? To, co powinienem już dawno. Zapukałem do drzwi. Usłyszałem ‘Proszę!’. Westchnąłem i z walącym sercem wszedłem do środka. Zobaczyłem Lily-Grace na prowizorycznym łóżku. Siedziała po turecku, a na kolanach spoczywała książka. Zauważyłem, że po piersiach spływają jej kabelki od słuchawek.
- Cześć. – nie mogłem z siebie wydusić nic więcej. A chciałem jej tyle powiedzieć!
- Hej, Zayn. Co tam? Coś się stało, że przyszedłeś? Klapaj sobie. – poklepała miejsce obok siebie. Usiadłem. – Unikasz mnie, coś ci zrobiłam?
Prawda. Nie mogłem się na nią patrzeć. Wtedy, gdy chłopaki śpiewali z nią karaoke, grali w Scrabble, czy po prostu gadali, ja się zwijałem. Czemu? W gardle stawała mi gula, a w mózgu miałem mętlik. Teraz też to czułem.
- Nie. Tak. To nie tak jak myślisz! – ukryłem twarz w dłoniach
- Zaaaayn. Co się dzieje? – odłożyła książkę i podciągnęła się do mnie. Objęła mnie ramieniem, a ja poczułem zapach jej kasztanowych włosów.
- Powiem szybko. Zakochałem się w tobie jako czternastolatek. Minęło tyle lat, ja nadal słuchałem twoich płyt. I mimo, że miałem kupę dziewczyn… Ja nadal cię kocham.
- Ja ciebie też.
Oparła nos o mój policzek. Czułem, jak ciepłe łzy spływają po moim policzku. Płakałem z radości. Położyła rękę na moim  torsie. Ująłem jej twarz w dłonie i pocałowałem. Ona położyła się. Byłem nad nią. Zaczęła przygryzać moją wargę. Zdjąłem jej koszulkę. Nadal się  całowaliśmy. W samym staniku wyglądała prześlicznie.
- Moja bogini – mruknąłem jej na ucho.
- Mój bóg…
I mimo, że po raz pierwszy robiłem to w tak dziwnym miejscu jakim jest przyczepa, zapamiętam to do końca życia. No i ze stu innych powodów. A każdemu na imię ‘Lily-Grace’.
***
-  Nie odwracaj się. Ja ci ją opiszę. A więc… - i tak Harry opisywał mi wygląd mojej przyszłej żony.
- Zaaayn. – złapał mnie za ramię. – Mówiłem ci, że nie możesz się odwracać! To przynosi pecha!
Ojciec podprowadził ją pod sam ołtarz. Uparła się na ten ślub w kościele katolickim. Jak jej tak bardzo zależy…
- Lily-Grace Malik. Ślicznie brzmi, czyż nie? – szepnąłem jej na ucho.
- Śliczniej brzmi Zayn i Lily-Grace Malikowie, kochanie. 

★32 Louis

Oh Jesus. BIBI <3 Ja kocham takie zjarane imiona, przyzwyczajać się :'D

Po raz kolejny siedziałam w tej kawiarni. Podniosłam nieśmiało wzrok i zobaczyłam jego. Znowu zajmował to samo miejsce, zresztą ja również. Pomieszałam łyżeczką w herbacie. Nie miałam żadnej szansy u niego, no chyba że zauważyłby mnie. Prawdopodobieństwo jest równe… Jeden do miliona. Ale dopóki tu przychodzi… Nie zaszkodzi popatrzeć. Może kiedyś… Może.
- Hej! Haaalo? – przyjaciółka pomachała mi przed oczami ręką. – Ziemia do Bibi!
- Oh. Cześć. Co tam? – natychmiast się wyprostowałam i spojrzałam na Candice.
- Ach ty nierozumny stworze. To ten? – odwróciła się i wskazała palcem na „mojego” nieznajomego.
- Taak.
Zaczęłyśmy rozmawiać o codziennych sprawach, o sytuacji na uczelni i o wszystkim. Temat „mojego” nieznajomego omijałyśmy szerokim łukiem. Spostrzegłam, że moja przyjaciółka zaczęła się wiercić. Poderwała się z miejsca i pociągnęła mnie za sobą. Rachunek zapłaciłyśmy trochę wcześniej. Wtedy dostrzegłam, czemu tak mnie ciągnie! On też wychodził! Głupia jędza… Szłyśmy za tym chłopakiem, a ja się modliłam, by nie posądził nas o jakąś chorobę psychiczną. W końcu skręciliśmy do parku. Tam koleś spotkał swojego znajomego i zaczęli rozmawiać. Candice nie mogła przegapić takiej okazji.
- To ta bluzka? Czy może o inną ci chodziło? Chociaż to paski i to paski… Uroczy nawet. Już wiem czemu tak całe dnie o nim pieprzysz! Przystojniaczek…
Moja mina była pomieszaniem ‘Zamknij się’ z ‘O Boże, z kim się zadaję’. Nagle on się odwrócił. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię, bo Candice zwiała. No po prostu rzuciła ‘Hej’ i zwiała. W pierwszym odruchu miałam się rzucić za nią, ale „mój” nieznajomy spojrzał się w moją stronę i… roześmiał się.
- Musisz mieć na moim punkcie niezłego fioła, co? Koleżanka ma cię chyba dość. – wskazał głową na oddalającą się sylwetkę Candice.
- Nie mam. – zaczęłam hardo.
 - To jak wytłumaczysz…?
- Oj no parę razy cię widziałam…
- I opowiadałaś o mnie przyjaciółce? Czymżem pannę ujął? – dygnął.
- Paskami.
- Paskami?
- Paskami.
- Czemu paskami?
- Lubię paski.
- Powiedz mi, że marchewki też, to cię poproszę o rękę!
- Lubię marchewki, czemu nie?
Jego mina wyrażała istną euforię. Złapał mnie pod rękę i poprowadził na ławkę.
***
- Hej Harry.
- Hej Bibi. Louis siedzi u siebie i wywalił połowę ciuchów z szafy, bo się bał, że się nie zmieścisz…
- I tak pewnie będę na pół w walizce… Połowa jego ciuchów to strasznie mało.

☆31 Harry part 2

Minimum +18... Na życzenie Asi to +18 XD

*zielonymi oczami*
Siedziałem w salonie z moją kuzynką i jej przyjaciółką. Chłopaki podniecali się małpą w kapeluszu, którą pokazywali w wiadomościach. No bez jaaaj! Nie myślałem, że mieszkam z takimi idiotami. Ale ich kocham. Tak samo, jak kocham Josephine. Nie udało mi się. Nie dochowałem wierności. Byliśmy razem już dwa lata, ale… Tak, poszedłem do łóżka z przyjaciółką kuzynki. Tak, jestem debilem. Tak, jeśli to wyjdzie na jaw… Jestem jebanym trupem. Jebanym. Jak mogłem..? Nie wiem, co sobie myślałem, ani co sobie myślę, siedząc tutaj, zamiast z Jozzy. Nagle do domu wpadła ona. James złapał ją za nadgarstek, gdy wpadła do przedpokoju. Spojrzała się na mnie jak na zabójcę Bogu ducha winnych króliczków (a może i gorzej) a potem zaczęła rzucać we mnie niezłymi wiązankami. W końcu James obkręcił ją i przytulił do siebie. Za nimi wpadła spółka.
- No Harry. Teraz powinniśmy wyjść przed domu i jeden na jednego załatwić to jak mężczyźni, a nie jak tchórze, dla których tylko seks się liczy. – zbladłem strasznie.
Byłem w połowie drogi do nich. Chłopaki patrzyli się na to oniemiali. Nie ogarniali o co chodzi. Jak to powiedział później Lou: „Myśleliśmy, że ją zgwałciłeś czy coś…”. A było dużo gorzej. Oj, bardzo.
Wtedy Matt zagrodził mi drogę.
- No tak. Wiedzieliśmy, że tak będzie. – wycofali się z domu. – Wiesz co? Mówiłem Jozzy, że jesteś tylko kolejnym wytworem tej pierdolonej machiny show-biznesu. Ale ona mówiła, że jesteś jedynym! A ty jesteś po prostu zwykłym kutafonem. I tyle. A spróbuj się do niej zbliżyć, to ci zęby będą latały aż do San Francisco.
Czyli się wydało. No nie wiedziałem, co mam zrobić. Zwłaszcza, że po godzinie od tego zamieszania dostałem smsa o treści ‘Daj mi tydzień.’. Okej.
---
Minął ten tydzień. Boże, jaki ja byłem głupi! Bez niej moje życie nie ma sensu. Nie mogłem powiedzieć chłopakom, co zrobiłem. Wyśmieli by mnie, a potem zaczęli prawić morały. Chociaż sami lepsi nie byli. Czekałem na ten dzień. Liam z Niallem wyszli z domu. Mogłem do niej zadzwonić. Co ja bym zrobił, żeby znów usłyszeć jej śliczny głosik wypowiadający moje imię bez cienia nienawiści!
Dzwoniłem. Z 50 razy. Nie odbierała…
*niebieskimi oczami*
No co mieliśmy zrobić? Nie wiedzieliśmy o co chodzi i czemu Jozz się tak strasznie wkurwiła na Harry’ego, ale nie mogliśmy się bezczynnie patrzeć, jak z Hazzy wypływa życie! No ludzie… Co ta miłość potrafi robić z człowiekiem! Zapukałem w drzwi. Usłyszałem ‘No pędzę, się nie roztroję’. Ach, ta Rebekah. Otworzyła nam drzwi.
- No heeej. Jest Jozzy?
- Siema. Wejdźcie. Jest, ale nie w najlepszej kondycji. Wiecie, najpierw odszedł Sherr. Teraz Harry. Ona chyba nie wyrabia.
- Ale wiesz co się między nimi…?
- O to samo się chciałam zapytać! Joseeephine!  C’mon here!
Z pokoju wywlokła się Jozzy. W zasadzie jej cień. Oparła się o framugę w bluzie Harry’ego, nieskładnym koku i jeansach. No wyglądała jak siedem nieszczęść.
- Możemy pogadać? – zapytał Liam.
- Jasne. Wejdźcie. – ręką odsłoniła pokój.
No to to było już.. Nie umiem znaleźć odpowiednich słów na opisanie tego, co zobaczyłem. Na narożniku leżały zdjęcia Jazz z Harry’m. Dalej jego rysunki. Na ścianie wisiał nadal wyblakły już z lekka plakat Muse. Na biurku zobaczyłem 7 zużytych strzykawek. Nie wierzyłem. Ona wróciła. Dwa lata wolności…
Spojrzałem się na Joseph. Ona wiedziała, że już wiemy. Zgarnęła strzykawki w kąt biurka, a na jej palcu dostrzegłem pierścionek. Ten, co Harry dał jej.
- Co wy wyprawiacie? Co tutaj się dzieje?
- Nie powiedział wam? Tchórz. – ostatnie słowy zabrzmiało jak przekleństwo. I nim było.
- Co miał nam powiedzieć?
- Taa… Cindy… Czy pies wie jak jej tam… On się z nią pieprzył na London Eye!
- Coooo?! – no wszyscy troje byliśmy w takim szoku, że… Harry?!
- Tak. Ja go kocham! Ale jeśli on będzie takie rzeczy odwalał… Ja się boję!
- Dzwonił?
- Telefon za oknem.
- Rebekah?
- Kiedy byłam w pracy.
- Ile razy?
- Około 6 na półgodzinę.
- O matko…
- Ludzie, wy się musicie pogodzić! Jesteście dla siebie stworzeni!
Nagle do pokoju weszła Elizabeth. Mieszkała z nimi. Była tą trójką.
- Jozzy. No chodź. – przytuliła ją, a nas olała. – Pamiętasz Ethan’a?
- Wróciliście do siebie?
- Taaak. No widzisz, facetom trzeba różne rzeczy wybaczać. Wiesz czemu? Bo jeśli znajdziesz takiego, za którego możesz stracić życie, kiedy tylko odejdzie… Kochana, nie wiem, czy on jest tego wart, ale na pewno ty zasługujesz na to szczęście. Wierzę, że będzie rozsądny i nie zostawi cię, skoro dałaś mu szansę.
*zieeeeeeeeeeeeeeeelonymi oczami*
- Hey you, crazy kid.
- Jozz?!
- Tak. Chciałam ci powiedzieć, że cię kocham i że nawet daruję ci to, że bzykałeś się z jakąś laską na London Eye.
- O Boże, nawet nie wiesz, jak cię kocham! Jak za tobą tęskniłem! Kochanie, nigdy więcej! Przepraaaszam… - rzuciłem się na kolana i objąłem nogi Jozz. Jaki byłem szczęśliwy!
---
Siedzieliśmy i słuchaliśmy płyty Morning Parade. Ona zawsze coś nosi w tej swojej wielkiej torbie. Przy kawałku ‘Headlights’ nie wytrzymałem. Zacząłem całować ją jak oszalały.
- Kochany, pozwól sobie na więcej…
- Na pewno chcesz?
- A więc… Tak, ja, Josephine Bellamy, chcę stracić dziewictwo z Harry’m Stylesem. Wystarczy? – zamknęła mi usta pocałunkiem.
Położyłem ją na plecy. Opierała się łokciami o łóżko. Loki spływały delikatnie po plecach. Zacząłem ją rozbierać. Całowałem jej piersi. Rozebrałem ją, a ona mnie. Przeszliśmy do rzeczy. Gdy tak taktowo wchodziłem i wychodziłem, zobaczyłem, że ją to boli. No tak, pierwszy raz…
- Nie przestawaj, to wcale tak bardzo nie boli…
Doszliśmy w tym samym czasie. To było cudowne.
***
- Gdy zobaczyłem nagą Jozz śpiąca na nagim Harry’m wiedziałem, do czego doszło w tym pokoju. Jak słodko razem wyglądają! Miałem rację, gdy mówiłem, że są dla siebie stworzeni. Co nie, Dann?