Minimum +18... Na życzenie Asi to +18 XD
*zielonymi
oczami*
Siedziałem w salonie z moją kuzynką i jej przyjaciółką. Chłopaki podniecali się
małpą w kapeluszu, którą pokazywali w wiadomościach. No bez jaaaj! Nie
myślałem, że mieszkam z takimi idiotami. Ale ich kocham. Tak samo, jak kocham Josephine.
Nie udało mi się. Nie dochowałem wierności. Byliśmy razem już dwa lata, ale…
Tak, poszedłem do łóżka z przyjaciółką kuzynki. Tak, jestem debilem. Tak, jeśli
to wyjdzie na jaw… Jestem jebanym trupem. Jebanym. Jak mogłem..? Nie wiem, co
sobie myślałem, ani co sobie myślę, siedząc tutaj, zamiast z Jozzy. Nagle do
domu wpadła ona. James złapał ją za nadgarstek, gdy wpadła do przedpokoju.
Spojrzała się na mnie jak na zabójcę Bogu ducha winnych króliczków (a może i
gorzej) a potem zaczęła rzucać we mnie niezłymi wiązankami. W końcu James
obkręcił ją i przytulił do siebie. Za nimi wpadła spółka.
- No Harry. Teraz powinniśmy wyjść przed domu i jeden na jednego załatwić to
jak mężczyźni, a nie jak tchórze, dla których tylko seks się liczy. – zbladłem
strasznie.
Byłem w połowie drogi do nich. Chłopaki patrzyli się na to oniemiali. Nie
ogarniali o co chodzi. Jak to powiedział później Lou: „Myśleliśmy, że ją
zgwałciłeś czy coś…”. A było dużo gorzej. Oj, bardzo.
Wtedy Matt zagrodził mi drogę.
- No tak. Wiedzieliśmy, że tak będzie. – wycofali się z domu. – Wiesz co?
Mówiłem Jozzy, że jesteś tylko kolejnym wytworem tej pierdolonej machiny
show-biznesu. Ale ona mówiła, że jesteś jedynym! A ty jesteś po prostu zwykłym
kutafonem. I tyle. A spróbuj się do niej zbliżyć, to ci zęby będą latały aż do
San Francisco.
Czyli się wydało. No nie wiedziałem, co mam zrobić. Zwłaszcza, że po godzinie
od tego zamieszania dostałem smsa o treści ‘Daj mi tydzień.’. Okej.
---
Minął ten tydzień. Boże, jaki ja byłem głupi! Bez niej moje życie nie ma sensu.
Nie mogłem powiedzieć chłopakom, co zrobiłem. Wyśmieli by mnie, a potem zaczęli
prawić morały. Chociaż sami lepsi nie byli. Czekałem na ten dzień. Liam z
Niallem wyszli z domu. Mogłem do niej zadzwonić. Co ja bym zrobił, żeby znów usłyszeć
jej śliczny głosik wypowiadający moje imię bez cienia nienawiści!
Dzwoniłem. Z 50 razy. Nie odbierała…
*niebieskimi oczami*
No co mieliśmy zrobić? Nie wiedzieliśmy o co chodzi i czemu Jozz się tak
strasznie wkurwiła na Harry’ego, ale nie mogliśmy się bezczynnie patrzeć, jak z
Hazzy wypływa życie! No ludzie… Co ta miłość potrafi robić z człowiekiem!
Zapukałem w drzwi. Usłyszałem ‘No pędzę, się nie roztroję’. Ach, ta Rebekah.
Otworzyła nam drzwi.
- No heeej. Jest Jozzy?
- Siema. Wejdźcie. Jest, ale nie w najlepszej kondycji. Wiecie, najpierw
odszedł Sherr. Teraz Harry. Ona chyba nie wyrabia.
- Ale wiesz co się między nimi…?
- O to samo się chciałam zapytać! Joseeephine!
C’mon here!
Z pokoju wywlokła się Jozzy. W zasadzie jej cień. Oparła się o framugę w bluzie
Harry’ego, nieskładnym koku i jeansach. No wyglądała jak siedem nieszczęść.
- Możemy pogadać? – zapytał Liam.
- Jasne. Wejdźcie. – ręką odsłoniła pokój.
No to to było już.. Nie umiem znaleźć odpowiednich słów na opisanie tego, co
zobaczyłem. Na narożniku leżały zdjęcia Jazz z Harry’m. Dalej jego rysunki. Na
ścianie wisiał nadal wyblakły już z lekka plakat Muse. Na biurku zobaczyłem 7
zużytych strzykawek. Nie wierzyłem. Ona wróciła. Dwa lata wolności…
Spojrzałem się na Joseph. Ona wiedziała, że już wiemy. Zgarnęła strzykawki w
kąt biurka, a na jej palcu dostrzegłem pierścionek. Ten, co Harry dał jej.
- Co wy wyprawiacie? Co tutaj się dzieje?
- Nie powiedział wam? Tchórz. – ostatnie słowy zabrzmiało jak przekleństwo. I
nim było.
- Co miał nam powiedzieć?
- Taa… Cindy… Czy pies wie jak jej tam… On się z nią pieprzył na London Eye!
- Coooo?! – no wszyscy troje byliśmy w takim szoku, że… Harry?!
- Tak. Ja go kocham! Ale jeśli on będzie takie rzeczy odwalał… Ja się boję!
- Dzwonił?
- Telefon za oknem.
- Rebekah?
- Kiedy byłam w pracy.
- Ile razy?
- Około 6 na półgodzinę.
- O matko…
- Ludzie, wy się musicie pogodzić! Jesteście dla siebie stworzeni!
Nagle do pokoju weszła Elizabeth. Mieszkała z nimi. Była tą trójką.
- Jozzy. No chodź. – przytuliła ją, a nas olała. – Pamiętasz Ethan’a?
- Wróciliście do siebie?
- Taaak. No widzisz, facetom trzeba różne rzeczy wybaczać. Wiesz czemu? Bo
jeśli znajdziesz takiego, za którego możesz stracić życie, kiedy tylko
odejdzie… Kochana, nie wiem, czy on jest tego wart, ale na pewno ty zasługujesz
na to szczęście. Wierzę, że będzie rozsądny i nie zostawi cię, skoro dałaś mu
szansę.
*zieeeeeeeeeeeeeeeelonymi oczami*
- Hey you, crazy kid.
- Jozz?!
- Tak. Chciałam ci powiedzieć, że cię kocham i że nawet daruję ci to, że bzykałeś
się z jakąś laską na London Eye.
- O Boże, nawet nie wiesz, jak cię kocham! Jak za tobą tęskniłem! Kochanie,
nigdy więcej! Przepraaaszam… - rzuciłem się na kolana i objąłem nogi Jozz. Jaki
byłem szczęśliwy!
---
Siedzieliśmy i słuchaliśmy płyty Morning Parade. Ona zawsze coś nosi w tej
swojej wielkiej torbie. Przy kawałku ‘Headlights’ nie wytrzymałem. Zacząłem
całować ją jak oszalały.
- Kochany, pozwól sobie na więcej…
- Na pewno chcesz?
- A więc… Tak, ja, Josephine Bellamy, chcę stracić dziewictwo z Harry’m
Stylesem. Wystarczy? – zamknęła mi usta pocałunkiem.
Położyłem ją na plecy. Opierała się łokciami o łóżko. Loki spływały delikatnie
po plecach. Zacząłem ją rozbierać. Całowałem jej piersi. Rozebrałem ją, a ona
mnie. Przeszliśmy do rzeczy. Gdy tak taktowo wchodziłem i wychodziłem,
zobaczyłem, że ją to boli. No tak, pierwszy raz…
- Nie przestawaj, to wcale tak bardzo nie boli…
Doszliśmy w tym samym czasie. To było cudowne.
***
- Gdy zobaczyłem nagą Jozz śpiąca na nagim Harry’m wiedziałem, do czego doszło
w tym pokoju. Jak słodko razem wyglądają! Miałem rację, gdy mówiłem, że są dla
siebie stworzeni. Co nie, Dann?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz