piątek, 29 marca 2013

★35 Liam

Pisałam to o drugiej w nocy... Wybaczcie błędy stylistyczne i powtórzenia :)

Muzyka <3



Wbiłem szpadel w glebę. Grudki ziemi przełożyłem z boku. Złapałem sadzonkę wierzby płaczącej i wsadziłem ją w dołek. Spojrzałem się w górę. Helen siedziała na parapecie. Uśmiechała się promiennie. Nie ruszyła się od momentu, w którym ją tam posadziłem. Pomachałem jej, a ona podniosła rękę, by mi odmachać… I upadła. Po prostu wypadła z okna. Rzuciłem się do biegu. Nie dotarłem na czas. Nie zdążyłem jej złapać. Upadła na chodnik przed naszym domem, twarzą do betonu. Odwróciłem ją. Twarz była zmasakrowana. Nie przejmując się tym sprawdziłem, czy oddycha. Na szczęście, oddychała. Zadzwoniłem po karetkę.
Siedziałem przy oddziale intensywnej terapii. W czasie transportu do szpitala stan Helen pogorszył się. Przestała oddychać. Bałem się jak diabli. Ostatni raz czułem się tak, gdy potrącił ją samochód. Straciła władzę w nogach, nie czuła nic od pasa w dół. Dlatego siedziała na tym cholernym parapecie. Dlatego nie poczuła, że jak podniesie rękę, to na drugiej się nie utrzyma. Byłem głupi. Nie zostałem z nią, tylko poszedłem sadzić to głupie drzewko. Zawsze mi powtarzała, że chciałaby mieć wierzbę w ogródku… Uległem. Posadziłem ją na tym parapecie i zszedłem na dół. I wykopałem dołek. Jakby dla niej.
- Może pan wejść. Tylko szybko.
Założyłem fartuch i ochraniacze. Wpadłem na tą salę, gdzie leżała ona. Przyciągnąłem stołek i usiadłem na nim. Nadal była nieprzytomna, ale serce biło równo. Wsłuchiwałem się w delikatne pikanie aparatury. Ująłem jej dłoń i delikatnie głaskałem, ostrożnie, by nie wyrwać wenflonu. Była taka blada, taka bezbronna… Miałem ochotę wyjąć ją z tego łóżka i zanieść do domu. Nie dopuścić nikogo. Ona była tylko moja. Moja mała, piękna Helen.
Nagle na wyświetlaczu pojawiła się ciągła kreska. Wybiegłem na korytarz wołając lekarza. Odepchnęli mnie i wpadli na salę. Zostałem wyprowadzony przez pielęgniarkę z oddziału. Pod drzwiami rozpłakałem się. Zacząłem błagać Boga, by stał się cud. W życiu nie modliłem się tak gorliwie jak wtedy. Wyobrażałem sobie życie bez Helen. Bez jej codziennego uśmiechu. W zasadzie… Próbowałem sobie wyobrazić…
Wyciągnąłem telefon. Jedyną osobę, do której mogłem teraz zadzwonić był Chris. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Stary, hej. Co się dzieje?
Opowiedziałem mu, co się dzieje. Powiedział, że zaraz przyjedzie. Dwadzieścia minut po tej rozmowie czułem, że podtrzymuje mnie silne ramię. Tylko dzięki niemu nie zszedłem z tego świata. Zza oszklonych drzwi wyszła pielęgniarka. Szepnęła mi na ucho, że chyba nie odratują Helen. Za mało szans. Drugi raz nie wykręci się śmierci. Po pierwszym wypadku miała w sercu rozrusznik. Oparłem się o ścianę. Zrobiło mi się słabo, a czułem, że mój świat się kończy. Każdy oddech Helen był dla mnie promieniem słonecznym, a jak wiadomo, człowiek bez słońca długo nie pociągnie…
Minęły minuty, może godziny. Wyszedł lekarz. Powiedział, że wszystko jest dobrze i będzie coraz lepiej. Kazał mi iść do domu. Stwierdził, że wyglądam jak siedem nieszczęść. Chris przytaknął mu i pociągnął mnie do auta.
W domu przez kilka tygodni siedziałem jak na szpilkach. Chris był jeszcze w szpitalu. Lekarz powiedział mu, że jeśli będzie możliwość zobaczenia się z Helen, to powiadomi nas. Nie mogłem się doczekać tego jednego telefonu. W domu wszystko przypominało mi ją. Każdy ręcznik, każda książka, każda poduszka. Nie mogłem dłużej wysiedzieć w tych 4 ścianach. Wyszedłem z domu i skierowałem się do parku. Był początek wiosny. Minąłem kiosk. Moją uwagę przykuły nagłówki gazet.
Czy Liam Payne zdradzał swoją narzeczoną?
Czemu Helen rzuciła się z okna?
Czy ta dziewczyna była zdradzana przez gwiazdeczkę?
Zabolało mnie to. Złapałem parę gazet i zapłaciłem za nie. Prawie biegiem rzuciłem się do domu. Zamknąłem drzwi i usiadłem w kuchni. I czytałem. Czytałem te wszystkie bzdury o domniemanych zdradach, powodach ‘próby samobójczej’ Helen, a nawet o tym, że to ja wypchnąłem ją z okna, by pozbyć się ‘problemu’ jakim była niepełnosprawna narzeczona. Każde słowo wbijało się w moje serce jak sztylet. Chris znalazł mnie zwiniętego w kłębek pod stołem. Powiedział mi, że Helen wybudziła się, a ja… W ciągu 3 minut byłem zwarty i gotowy do drogi. W czasie podróży zastanawiałem się skąd w tych ludziach tyle nienawiści…
Przenieśli ją na oddział pooperacyjny. Wszedłem na salę z ciężkim sercem. Nie byłem pewny, co tam zobaczę. Helen spała, lecz gdy tylko usłyszała moje kroki podniosła powieki. Jak miło było widzieć ją wśród żywych! Podszedłem do niej i ją przytuliłem. Nie chciałem jej puszczać, trzymać cały świat w ramionach to takie wspaniałe uczucie. Nagle ona wysunęła się z moich objęć.
- Kochanie, nie gorączkuj się tak. Będziesz miał masę czasu do przytulania… I jedną dodatkową osobę.
***
- Wiesz, że się bałem?
- Czego?
- Że cię stracę.
- A zyskałeś syna.
- Tak.
Odchyliłem się w bok i pocałowałem Helen w policzek. Siedzieliśmy pod wierzbą, którą zasadziłem 13 lat temu. Dzisiaj patrzyłem się na mojego nastoletniego syna, całowałem piękną żonę i trzymałem na rękach trzymiesięczną córkę. Życie potrafi ci dokopać, a potem wynagrodzić tak, że nie będziesz miał pojęcia jak dziękować. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz