Za dużo Harry'ego. Stanowczo za dużo :D
-
Cześć kochanie.
- Do wieczora! – pomachała mi dłonią i zbiegła po schodach.
Wszedłem do mieszkania by przygotować się do pracy. Jechałem do studia,
ostatnie poprawki do płyty. Zarzuciłem szybko płaszcz na ramiona i zbiegłem na
dół. Wsiadłem do samochodu i przekręciłem kluczyki w stacyjce. W 15 minut byłem
pod budynkiem wytwórni.
Wracałem do domu, myśląc już o cudownym wieczorze z moją narzeczoną. Przed
oczami przesuwały mi się kolejne obrazy, a ja byłem zrelaksowany jak nigdy.
Odchyliłem się trochę w fotelu i wciągnąłem głęboko powietrze. W ostatniej
chwili zauważyłem, że ktoś wyszedł na pasy. Natychmiast zahamowałem. Milimetry
przed tą dziewczyną. Ale ona spojrzała się na mnie i upadła. Wyskoczyłem jak
poparzony z auta. To była Aurice..!
- Przykro mi. Rozległy zawał serca, pańska wybranka miała miażdżycę tętnic
wieńcowych. No nic nie mogliśmy zrobić. Naprawdę mi przykro. – lekarz poklepał
mnie po ramieniu. Niechętnie uśmiechnąłem się i szepnąłem ‘dziękuję’. Odwróciłem
się w kierunku szklanych drzwi. Tam zakończyła się moja najpiękniejsza przygoda
życia. Myślałem, że szczęście może trwać wiecznie. Że dzień, w którym
przyślubuję Aurice miłość, wierność i uczciwość będzie najpiękniejszy w moim
życiu. Że dzień, w którym na świat przyjdzie nasze dziecko będę mógł trzymać w
pamięci jak zasuszony kwiat w książce. Niestety tak nie będzie. Nic nie zdarza
się dwa razy, a na taką miłość, nawet jakbym czekał milion lat, się nie
doczekam. A to wszystko moja wina. Gdybym wtedy tam nie jechał… Gdybym… Nie
wiem, poszedł na piechotę czy w ogóle się z łóżka nie ruszał… Ona żyłaby i może
teraz pilibyśmy ciepłą herbatę na miękkiej kanapie razem. A tak siedzę na
plastikowym krzesełku na zimnym szpitalnym korytarzu. Jej matka podeszła do
mnie i mocno mnie przytuliła.
- Wiem, że to nie twoja wina. – wyszeptała między atakami płaczu.
Wyszedłem ze szpitala ze spuszczoną głową. Szedłem jak cień ulicami Londynu,
miasta które rzadko zasypia. Skręciłem w uliczkę, przy której był nasz blok.
Mój to się ma znaczyć. Od niedawna tylko mój. Wskoczyłem po schodach.
Szarpnąłem za klamkę i przypomniałem sobie, że mieszkanie stoi puste.
Wygrzebałem z kieszeni klucze. Już po przejściu przez próg poczułem jej
obecność. Ściany pachniały jej perfumami. Podłoga była wystukana od jej
obcasów. Każda klamka pamiętała jej długie, czerwone paznokcie. Wszedłem do
naszej sypialni. Wszędzie były nasze zdjęcia, jej plakaty, jej płyty, moje
książki, moje kredki. Na biurku leżał niedokończony portret Aurice. Spojrzałem
się na niego i szepnąłem:
- Obiecałaś że mnie nigdy nie opuścisz. Nigdy.
- I tego nie zrobię.
Odwróciłem się. Nikogo oprócz mnie nie było. Ale jednak czułem jej obecność.
Przeleciałem wzrokiem po jej ulubionych rzeczach, które stały równo poukładane
na komodzie. Szminka obok szminki, książka obok książki, płyta obok płyty.
Perfekcjonistka. Spojrzałem się na nasze zdjęcie. Uśmiechnięte twarze, ona
trzyma mnie za podbródek, ja w ręku trzymam koło ratunkowe. Ostatnie nasze wakacje.
But we had a dream
And it was meant to be
And we were kissing gods
Against all the odds*
Kolana się pode mną ugięły. Nim
się spostrzegłem, klęczałem na podłodze i nie byłem w stanie pohamować łez.
Wszedł Louis. Poznałem go po krokach. Przyklęknął obok mnie i czule objął.
Wtulił nos w moje loki. Poczułem, że mam na kim polegać. Że mam kogoś, kto mnie
nigdy nie opuści. Przed oczami przeleciał mi obraz szczęśliwej, jaśniejącej
nadludzkim światłem Aurice. Była przepiękna. Jej usta układały się w parę słów.
Trzeba żyć dalej…
*tekst pochodzi z piosenki "Crying Shame" zespołu Muse
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz