środa, 27 marca 2013

★4 Harry

Za dużo Harry'ego. Stanowczo za dużo :D

- Cześć kochanie.
- Do wieczora! – pomachała mi dłonią i zbiegła po schodach.
Wszedłem do mieszkania by przygotować się do pracy. Jechałem do studia, ostatnie poprawki do płyty. Zarzuciłem szybko płaszcz na ramiona i zbiegłem na dół. Wsiadłem do samochodu i przekręciłem kluczyki w stacyjce. W 15 minut byłem pod budynkiem wytwórni.
Wracałem do domu, myśląc już o cudownym wieczorze z moją narzeczoną. Przed oczami przesuwały mi się kolejne obrazy, a ja byłem zrelaksowany jak nigdy. Odchyliłem się trochę w fotelu i wciągnąłem głęboko powietrze. W ostatniej chwili zauważyłem, że ktoś wyszedł na pasy. Natychmiast zahamowałem. Milimetry przed tą dziewczyną. Ale ona spojrzała się na mnie i upadła. Wyskoczyłem jak poparzony z auta. To była Aurice..!
- Przykro mi. Rozległy zawał serca, pańska wybranka miała miażdżycę tętnic wieńcowych. No nic nie mogliśmy zrobić. Naprawdę mi przykro. – lekarz poklepał mnie po ramieniu. Niechętnie uśmiechnąłem się i szepnąłem ‘dziękuję’. Odwróciłem się w kierunku szklanych drzwi. Tam zakończyła się moja najpiękniejsza przygoda życia. Myślałem, że szczęście może trwać wiecznie. Że dzień, w którym przyślubuję Aurice miłość, wierność i uczciwość będzie najpiękniejszy w moim życiu. Że dzień, w którym na świat przyjdzie nasze dziecko będę mógł trzymać w pamięci jak zasuszony kwiat w książce. Niestety tak nie będzie. Nic nie zdarza się dwa razy, a na taką miłość, nawet jakbym czekał milion lat, się nie doczekam. A to wszystko moja wina. Gdybym wtedy tam nie jechał… Gdybym… Nie wiem, poszedł na piechotę czy w ogóle się z łóżka nie ruszał… Ona żyłaby i może teraz pilibyśmy ciepłą herbatę na miękkiej kanapie razem. A tak siedzę na plastikowym krzesełku na zimnym szpitalnym korytarzu. Jej matka podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła.
- Wiem, że to nie twoja wina. – wyszeptała między atakami płaczu.
Wyszedłem ze szpitala ze spuszczoną głową. Szedłem jak cień ulicami Londynu, miasta które rzadko zasypia. Skręciłem w uliczkę, przy której był nasz blok. Mój to się ma znaczyć. Od niedawna tylko mój. Wskoczyłem po schodach. Szarpnąłem za klamkę i przypomniałem sobie, że mieszkanie stoi puste. Wygrzebałem z kieszeni klucze. Już po przejściu przez próg poczułem jej obecność. Ściany pachniały jej perfumami. Podłoga była wystukana od jej obcasów. Każda klamka pamiętała jej długie, czerwone paznokcie. Wszedłem do naszej sypialni. Wszędzie były nasze zdjęcia, jej plakaty, jej płyty, moje książki, moje kredki. Na biurku leżał niedokończony portret Aurice. Spojrzałem się na niego i szepnąłem:
- Obiecałaś że mnie nigdy nie opuścisz. Nigdy.
- I tego nie zrobię.
Odwróciłem się. Nikogo oprócz mnie nie było. Ale jednak czułem jej obecność. Przeleciałem wzrokiem po jej ulubionych rzeczach, które stały równo poukładane na komodzie. Szminka obok szminki, książka obok książki, płyta obok płyty. Perfekcjonistka. Spojrzałem się na nasze zdjęcie. Uśmiechnięte twarze, ona trzyma mnie za podbródek, ja w ręku trzymam koło ratunkowe.
Ostatnie nasze wakacje.
But we had a dream
And it was meant to be
And we were kissing gods
Against all the odds*

Kolana się pode mną ugięły.
Nim się spostrzegłem, klęczałem na podłodze i nie byłem w stanie pohamować łez. Wszedł Louis. Poznałem go po krokach. Przyklęknął obok mnie i czule objął. Wtulił nos w moje loki. Poczułem, że mam na kim polegać. Że mam kogoś, kto mnie nigdy nie opuści. Przed oczami przeleciał mi obraz szczęśliwej, jaśniejącej nadludzkim światłem Aurice. Była przepiękna. Jej usta układały się w parę słów.
Trzeba żyć dalej…

*tekst pochodzi z piosenki "Crying Shame" zespołu Muse


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz