niedziela, 26 maja 2013

Wyjaśnienie

Chciałabym bardzo was przeprosić za to, że dawno już nic nowego nie ukazało się na blogu. Wynika to z faktu, że zaczęłam pisać dłuższe opowiadanie i po prostu do 'jednopartów' nie mam na razie głowy. Jednak obiecuję, że już niedługo postaram się napisać coś krótszego, a na razie macie link do mojego "długasa":
Isolated System
Gdybyście chcieli być informowani o nowych rozdziałach, to podajcie swoje tt w komentarzu :) x
Przepraszam jeszcze raz x

sobota, 11 maja 2013

Czeeść :)

OMFG, hiojihsixoqnklnxiqwoni i tym podobne...
Bells' Stories ma 700 wyświetleń <3
Dziękuję Wam za czytanie tego bloga i w ogóle... :3 Żebyście wiedzieli, jakie to dla mnie ważne. <3
Chciałabym tylko poprosić o jedną rzecz. Bo chciałabym, żeby na blogu był jakiś ruch... Zostawiajcie po sobie ślady pod wpisami. Nawet jeśli miałoby być to "Przeczytałam/em". Lub ocena w formie ankiety (też pod każdym postem :)). Serce mi się będzie radować ;) A więc zróbcie mi tą maaaalutką przyjemność <333
Lots of love xX

niedziela, 5 maja 2013

★45 Louis

Sabinie ;*

Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podniosłam się z kanapy i podeszłam do wizjera. Cały świat przesłaniało mi coś czerwonego. Pociągnęłam za klamkę.
- Hej, skarbie.
- O, cześć, Lou. Dzisiaj miałeś być zajęty…
- Ale się urwałem specjalnie dla Ciebie. Trzymaj. Wsadź do wazonu, co? Bo zwiędną. – uśmiechnął się, odsłaniając rząd białych zębów.
- Dziękuję. Wiesz, że nie musiałeś. – pocałowałam chłopaka w policzek i złapałam od niego bukiet.
- Drobiazg. Lubię patrzeć jak się uśmiechasz.
Odwróciłam się i poszłam w stronę kuchni. Wyjęłam z szafki malutki wazonik. Postawiłam go w umywalce i nalałam wody. Przez chwilę podziwiałam kwiaty i słuchałam, jak Louis zdejmuje buty. Strasznie mu skrzypiały. Namawiałam go od dobrego miesiąca, by kupił sobie nowe, ale on upierał się przy tych. Skoro tak je kochał…
Poczułam na moich biodrach ciężkie i ciepłe dłonie.
- W skarpetkach jesteś niesłyszalny, tak?
Odwrócił mnie do siebie, a mnie zaparło dech. Zawsze, gdy z bliska lustrowałam jego twarz miałam wrażenie, że jest zbyt idealny.
- A żebyś wiedziała. Tylko zaraz będę bardzo słyszalny.
- Louis, nie.
- Coco, tak.
- Nie, zrozumiałeś?
- Nie zrozumiałem.
Podniósł mnie do góry i przeniósł przez kuchnię. Zanim się zorientowałam, niósł mnie w stronę sypialni. Wyrwałam się z jego uścisku, lecz nie na długo, bo po chwili zostałam przygwożdżona do ściany.
- Nie zapominaj, że jesteś moja. Tylko moja.
Odgarnął moje włosy na jedną stronę. Odsunął trochę bluzkę i przejechał palcem po nagiej skórze. Nagle pochylił się i pocałował mnie w bark. Po chwili wbił się we mnie zębami, a ja zaskowyczałam żałośnie, gdy moja skóra została przecięta.
- Louuu.
- Cii, nie widzisz, że się dopiero rozkręcam?
Moja bluzka prawie całkowicie zsunęła mi się z ramion.
- Zostaw. – wysyczałam.
- Nie.
Próbowałam go odepchnąć, ale on tylko mocniej na mnie naparł. Poczułam jego dotyk na mojej piersi. Nie widząc innego wyjścia, podniosłam kolano i uderzyłam go w jądra. Syknął z bólu, a już po chwili poczułam, że mój policzek robi się czerwony. Za drugim uderzeniem był już fioletowy. Za trzecim brązowy. Dalszych uderzeń nie pamiętam, bo osunęłam się na ziemię.
***
- Cichaj. Cichaj. Nie ruszaj się. On się na ciebie nie patrzy.
- Karen, spokój. Patrzy się na mnie.
- Skąd wiesz?
- Ślepa nie jestem.
Wstałam z podłogi i otrzepałam sukienkę z niewidzialnego pyłu. Złapałam szklankę i podeszłam do umywalki, po czym włożyłam ją do zewnątrz. Wróciłam do mojej przyjaciółki, ale moje miejsce było już zajęte. Zauważyłam, że Karen robi do tego gościa maślane oczy. No super, pierwsza w życiu parapetówka, a ta mnie zaraz zostawi. Zabiję ją jak wyjdziemy stąd.
- Cześć. – rozepchałam trochę towarzystwo, siadając w środku. Karen nie była zadowolona.
- Cześć. Jak masz na imię?
- Colette, ale mów mi Coco. A Ty? – przechyliłam głowę w jego stronę.
- Louis. – podał mi rękę. – Zatańczysz?
- No jasne. – chłopak pociągnął mnie do góry.
Nie spostrzegłam się, kiedy objął mnie w talii, a drugą rękę trzymał wyciągniętą. Włożyłam swoją dłoń w jego. Tańczyliśmy przytuleni, gdy nagle moja głowa opadła na jego ramię. Pomyślałam sobie, że go spłoszyłam. On jednak przytulił mnie swoim policzkiem. W jego ramionach czułam się tak bezpiecznie.
***
- Pójdę po piwo. – Eric podniósł się z kanapy.
- Pomogę mu. – szepnęła do mnie Karen i porozumiewawczo mrugnęła okiem.
Wieczór w towarzystwie najlepszych przyjaciół i mojego chłopaka wydał się fajnym pomysłem. Siedzieliśmy w naszym ulubionym pubie i dyskutowaliśmy… Boże… Może lepiej będzie, jak tematy naszych rozmów zostaną w ‘Lord Marcus’.
- To możesz my też się przejdziemy, co? – szepnął mi Lou do ucha.
- Na dwór?
- Tak. Sądzę, że gdy wrócimy, ich jeszcze nie będzie.
Podniosłam się z miejsca i podeszłam do wyjścia, a Louis cały czas szedł za mną i szukał mojej dłoni. Gdy wyszliśmy z lokalu, on od razu przyciągnął mnie do siebie i pocałował w ucho. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Szliśmy przytuleni, a nocna mgła otulała nas jak nowonarodzone dzieci.
No i w tym momencie musiał to popsuć. On tak zawsze robił. Nie pierwszy raz już mu się tak zdarzało. Boże, czemu ten słodziak miał drugą naturę agresora?
- Cofnij się.
- Co? Będę cię miał tu i teraz. – uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby i przejechał palcem po dole mojej sukienki.
- Cofnij się.
- Ciekawy jestem, co zrobisz. – ścisnął moje nadgarstki i mocniej przycisnął je do ściany. Syknęłam z bólu.
- Ha, koteczku, dzisiaj ja mam szpilki.
Podniosłam nogę i wymierzyłam jeden celny cios w samo krocze. Chłopak zwinął się z bólu, a ja popchnęłam go do tyłu. Upadł głową na krawężnik, a gdy po chodniku polała się krew, wystraszyłam się. Uklękłam obok niego. Przechyliłam twarz w moją stronę. Myślałam, że stracił przytomność, ale nie. On odepchnął mnie z całej siły, a ja poleciałam do tyłu. Wstał. Myślałam, że jest to mój koniec, lecz wtedy zebrałam się w sobie i odepchnęłam go nogami. Przeleciał parę metrów, a potem wpadł pod nadjeżdżający samochód.
***
- Może pani z nim porozmawiać, ale nieważne co powie, pani działała w obronie koniecznej.
- Dobrze, dziękuję bardzo.
Odwróciłam się i podeszłam do przeszklonych drzwi. Westchnęłam ciężko i je popchnęłam. Louis leżał pod oknem. Na mój widok nieco się ożywił.
- To cud, że przeleciałem przez ten samochód.
- Wiesz, co jest cudem? To, że wtedy tam z tobą byłam. Powinnam to zrobić już dawno temu. Louisie, nie chcę z tobą być. To jest zbyt niebezpieczne. Ja nie chcę… Nie chcę, żebyś mnie wykorzystywał.
- Colette, usiądź. Proszę. – wskazał palcem stołek. Usiadłam. – Leżę tu już 3 dzień. Jak wiesz, dużo czasu tutaj mam. Przemyślałem wszystko. Przemyślałem to, że nie zachowywałem się dla ciebie odpowiednio. To, że mogłem cię stracić każdego dnia. To, że mogłem cię stracić po każdym… Gwałcie. Tak, gwałciłem cię. Tak, biłem cię. Tak, byłem najgorszy. Obiecuję, że się zmienię. Wiem, że nigdy tego nie robiłem. Nie widziałem potrzeby. Ale mój świat bez ciebie byłby szary. Ile musiało się wydarzyć, żebym mógł to dostrzec. I nie zdziwię się, jeśli odejdziesz i nie będziesz chciała mnie znać. Colette, ja cię kocham jak nikt inny na świecie nie mógłby, tyle wiedz.
Jego oczy zaszły łzami. Odwrócił głowę w drugą stronę. Widziałam, że jest mu ciężko.
Wstałam i wzięłam moją torbę. Pogłaskałam go po dłoni i podziękowałam za wszystkie miłe chwile. Popchnęłam przeszklone drzwi i dając znak policjantowi, zeszłam na dół i wychodząc ze szpitala odetchnęłam z ulgą. Zaczęłam cieszyć się nowym życiem bez Louisa i bez strachu o jutro. – Tak powinnam zrobić.
A co zrobiłam? Objęłam go za szyję i obiecałam, że jeśli on się zmieni, to ja go nie opuszczę. Tydzień próby, brzmi obiecująco? A jakże. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie, ale po iskierkach szczęścia w jego oczach byłam prawie pewna, że nie będzie to nic nieprzyjemnego.

piątek, 3 maja 2013

★44 Harry


- Ale jesteś pewny?
- Nie raz jechałem na motocyklu… Musisz się tak przejmować?
- Ale pierwszy raz jedziesz w tak długą podróż. Uważaj na siebie.
Podeszłam do niego i ucałowałam w policzek. Chłopak odwrócił się w moją stronę i uścisnął mnie, cały czas trzymając pod pachą kask. W końcu odsunęłam się trochę, a on puścił mi oczko i łobuzersko się uśmiechając założył kask. Wepchnął niesforne loki do środka i pokiwał mi głową. Uśmiechnęłam się i skrzyżowałam ręce na piersi. Był zimny, sierpniowy poranek. Godzina czwarta trzydzieści. Kto normalny o tej porze stoi w cienkiej koszuli nocnej i wełnianym swetrze, boso na trawie pokrytej rosą? Ja. Tak, zakochani ludzie są dziwni, jakby na to nie patrzeć. I nie ważne, czy mają 60 lat czy 16, i tak będą dziwakami.
Ale czy to dziwactwo nie jest urocze?
Pomachał mi i włączył silnik. Zaczął bawić się gazem, na co ja szybko uciszyłam go dłonią. Debil, jeszcze by go tata usłyszał. Gestami dałam mu do zrozumienia, że tata ma pistolet pod poduszką. Pomachał mi po raz ostatni i przesłał buziaka. Powtórzyłam jego ruchy i machałam do momentu, w którym nie zniknął na drodze prowadzącej do miasta. Ziewnęłam i skierowałam się do domu. Uchyliłam drzwi i przemknęłam się przez hol cichaczem. Szybko pokonałam schody i chciałam wślizgnąć się do swojego pokoju, gdy…
- Ekhem.
Odwróciłam się w stronę chrząknięcia. Zauważyłam mojego dziesięcioletniego brata, który stał na końcu korytarza i mierzył mnie wzrokiem.
- Czego chcesz…?
- Mam powiedzieć rodzicom, że się włóczysz z samego rana?
- Grrr… George, czego chcesz?
- Jutro, a w zasadzie dzisiaj, jedziesz do miasta, prawda?
- Śledzisz mnie?
- Kupisz mi nowy numer „Spiderman’a”?
- Ale buzia na kłódkę.
- Jasne.
Schował się w swojej dziurze, a ja wskoczyłam pod cieplutką pierzynę. Przymknęłam oczy i usnęłam.
Gdy się obudziłam, była już dziesiąta. Podniosłam się z łóżka i zeszłam na dół, cały czas przeciągając się i ziewając. Nasypałam płatków do miski i nalałam zimnego mleka.
- Cześć, mamo.
- Hej, Hunter. Wracam dzisiaj o 17. Mam nadzieję, że się będziecie z George’m dobrze bawili.
- Yhym.
Jadłam płatki i patrzyłam się na codzienną krzątaninę mojej mamy. W końcu poprawiła sobie tusz i wyszła, trzaskając drzwiami. Taty już nie było, pewnie od rana na rybach. Znając życie, gdy ja wskoczyłam do łóżka, on wtedy wstał.
Podniosłam się z krzesła i odłożyłam miskę do zmywarki. Spojrzałam się w tył do salonu, gdzie na kanapie leżał George i oglądał jakieś swoje chińskie bajki. Prychnęłam pod nosem i poszłam na górę. Rzuciłam okiem na szafkę nocną, na której leżał mój telefon. Dioda świeciła się na niebiesko. Odblokowałam ekran i odebrałam wiadomość.
Usiadłam na łóżku. Nogi nie pozwalały mi na ustanie w pozycji pionowej. Rzuciłam telefonem o ścianę, ale on upadł na fotel bujany. Rzuciłam się na łóżko, a z mojego gardła wydobywał się histeryczny szloch. Czułam się taka bezsilna. Nie wiem, ile tak leżałam, lecz po jakimś czasie wstałam i podniosłam aparat z fotela. Przeczytałam jeszcze raz tego przeklętego SMS’a.
‘Wypadek. Harry w śpiączce. Szpital przy ulicy…’
Wyjęłam spod szafki baleriny i wyrzuciłam je na środek pokoju. Podeszłam do szafy i złapałam pierwsze lepsze ciuchy. Z naręczem ubrań i butami poszłam do łazienki, gdzie odbyłam niezwykle szybką poranną toaletę. Wyskoczyłam z toalety i krzyknęłam do brata, że ma się sobą zająć przez najbliższą godzinę, może dwie. Wybiegłam przez drzwi i truchtem skierowałam się na przystanek autobusowy. Wskoczyłam do busa, a pół godziny później byłam już na miejscu. Wysiadłam z pojazdu i udałam się do wejścia głównego. Podeszłam do jego mamy. Podniosła na mnie zapłakane oczy. Jedynym dobrym wyjściem wydawało mi się przytulić ją. Uścisnęłam kobietę i zapytałam, co się stało.
- Wypadek na obwodnicy. Osobówka w niego wjechała. Dobrze, że Charlie jechał z przodu, bo kierowca uciekł z miejsca wypadku. – zobaczyłam Gemmę, która niosła dwa kubki z kawą.
- Ale będzie żył?
- Tak, tylko nie wiedzą kiedy się z tego wyliże. O ile w ogóle. – głos dziewczyny się załamał – Lekarze mówią, że najważniejsze są pierwsze trzy miesiące.
- Trzy…?
Nie pozwolono mi do niego wejść. Był po ciężkich operacjach. Gdy patrzyłam się na niego przez szklaną szybę izolatki miałam ochotę go przytulić. Wyglądał jak małe, bezbronne dziecko pod plątaniną kabli i rurek. Nie był tym samym chłopakiem, którego znałam. Teraz to ja byłam tą silniejszą, a on był tym słabszym. Sytuacja zmieniła się i będzie trwała przez długi czas. Ale ja sobie postanowiłam, że będę silna. Dla Hazziątka.
***
- Młoda jesteś, niedługo o nim zapomnisz.
- Tato. 10 tygodni i się nie wybudził. Nie zapomnę o nim.
Tata spojrzał się na mnie. W jego oczach dostrzegłam… Złość? A może frustację? Był zły, że jego najukochańsza córeczka myślami od dwóch i pół miesiąca była w szpitalu. Zakazywał mi wychodzić. Zakazywał mi dowiadywać się o jego zdrowie. Gdy Gemma przyszła do mnie, zobaczyć, jak się trzymam, on zamknął jej drzwi przed nosem i wyklął. Nie wiedziałam, na ile jest go jeszcze stać.
- Richard, daj spokój… Ona jest zakochana, jej chłopak jest na krawędzi życia i śmierci.
Podniosłam głowę, wzrokiem dziękując mamie za jej wyrozumiałość.
- Nie! – tata trzasnął dłonią w stół. – I od dzisiaj, moja droga, masz zakaz wychodzenia z domu! Nie będzie eskapad do szpitala!
***
Na pewno. Żebyś się nie przeliczył, staruszku.
Spakowałam do torby butelkę wody mineralnej i perfumy. Zasunęłam ją i poklepałam po wierzchu. Pomodliłam się w duchu i podniosłam do góry okno. Spojrzałam się w dół. Jakby tak zeskoczyć… Nie, połamałabym nogi. Geniuszu! Podeszłam do szafy i nachyliłam się w jej głąb. Grzebałam dłuższą chwilę i przeklinałam pod nosem, gdy moje palce trafiały na pilniczki czy pinezki. Co ja mam w tej szafie? Jak zwykle nie to, co potrzeba. Nagle poczułam szorstki materiał. Szarpnęłam. Tak, to była ta lina, którą Harry kiedyś holował mój samochód. Zostawił ją u mnie, mówiąc, że kiedyś mi się przyda. I się przydała.
‘Dziękuję.’
Zrzuciłam linę na dach i umocowałam jej koniec przy krawędzi łóżka. Sprawdziłam, czy mocno się trzyma i powoli spuściłam się po niej. Wylądowałam na metalowym daszku i obejrzałam się dookoła, czy nie zrobiłam zbyt dużego hałasu. Zeszłam po rynnie i biegiem puściłam się w kierunku przystanku.
***
- Och, Hunter, jak miło Cię widzieć!
Zobaczyłam Anne. Przez ostatnie dwa miesiące postarzała się. Na jej twarzy pojawiły się zmarszczki, a na głowie pierwsze siwe włosy.
- Zostawię was samych.
- Dziękuję.
- Do zobaczenia, kochanie.
Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, ja doskoczyłam do łóżka i otworzyłam torbę.
- Cześć skarbie. Coś u ciebie nowego?
Cześć Hunter. Stęskniłem się za tobą. Haha, dobry żart. Jak widzisz, nie mogę się ruszyć…
- Wybacz. U mnie po staremu. Tata nadal się wkurza… A ja nadal uciekam.
Niegrzeczna dziewczynka. Lubię takie.
- Heh. – z torby wyjęłam perfumy i popsikałam sobie po nadgarstku. Podstawiłam chłopakowi pod nos.
Ow. Malinowe. Jak ja lubię ten zapach, wiesz?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Pamiętałam, zobacz.
Szpitalne drzwi uchyliły się. Odwróciłam się, w pełni przygotowana na Anne. Jednak to nie była ona. Tam stał mój ojciec.
- Jak mogłaś?! Wiem, że to nie był pierwszy raz!
- Tato, ciszej, jesteś…
- Wiem doskonale gdzie jestem. A Ciebie tutaj, moja damo, nie powinno być.
Podszedł do mnie parę kroków, przygotowując rękę, by mnie uderzyć. Ja osunęłam się z krzesła, cały czas trzymając Harry’ego za dłoń. Ojciec sterczał nade mną i już przygotowywał się do zadania ciosu.
- Niech. Pan. Jej. Nie. Bije.
Poczułam, że mój uścisk jest odwzajemniony. W moich oczach pojawiły się łzy i nieważne było w tej chwili, czy ojciec mnie uderzy, czy nie. Wstałam z kolan.
- Bo widzi pan, prawdziwa miłość ma moc uzdrawiania, a pan chyba takiej nie przeżył.
Mówił z zachrypniętym głosem, bo w końcu nie używał go od dawna, ale był pewny swoich słów. Chłopak spróbował się podnieść. Za pierwszym razem mu się to nie udało. Kazałam mu leżeć, ale on był uparty. W końcu usiadł, opierając się na wyprostowanych rękach. Pociągnął mnie za spodnie i opadłam obok niego na łóżko. Poczułam, że obejmuje mnie ramieniem i próbuje zejść z łóżka. Spuścił swoje nogi i mimo moich uwag, żeby przestał, wstał. Stał, trochę niepewnie i mierzył się wzrokiem z moim ojcem. Byłam przerażona. Albo on upadnie albo… Jak zareaguje ojciec?
- To miłość pańskiej córki mnie obudziła. Pana też powinna.
Ojciec spojrzał się na mnie. W jego wzroku nie zauważyłam już złości, frustracji czy nienawiści. Tam były tylko łzy. Uścisnął Harry’ego. Podszedł do mnie i przeprosił. Powiedziałam mu, że porozmawiamy później, a sama położyłam Harry’ego do łóżka i po uprzednim ucałowaniu go, pobiegłam do pielęgniarki.
Powiedzieć, że wydarzył się cud. Cud miłości.

niedziela, 21 kwietnia 2013

★43 Niall


Tego pana też dawno tutaj nie widziano... :D

- Taaaaaaaato! Tutaj jestem!
Nieduża, góra sześcioletnia dziewczynka stała przy barierce i machała do mężczyzny galopującego na koniu. Mimo to,  że była pewna, że jej nie usłyszy stała tam i zdzierała swój młodziutki głosik. Była dumna ze swojego taty, że bierze udział w krajowych zawodach jeździeckich. Obiecał jej, że po wakacjach ją też zapisze do szkółki. Dzień po złożeniu tej obietnicy cała szkoła wiedziała, że Kaira Collins będzie uczyć się jazdy konnej.
Nieoczekiwanie Jeremy Collins odwrócił się w stronę małej istotki i uśmiechnął się. Była pewna, że ten uśmiech był skierowany do niej. Gdy pędem mijał Juliet i Kairę, koń stanął dęba, skręcił w prawo i taranując dwóch zawodników, wywrócił się na bok, miażdżąc przy okazji jeźdźca. Na trybunach zrobiło się poruszenie. Każdy wstrzymał oddech, gdy sanitariusze podbiegli do nieprzytomnego mężczyzny i zaczęli reanimację.
Twarz małej dziewczynki stężała. Była przerażona i nie wiedziała co się dzieje. Nagle matka wzięła ją na ręce i odwracając jej główkę, szlochała w jej ramię. Kaira była pewna, że nie będzie dobrze.
***
- Hey, hou, Fury!
Klepnęłam klacz w zad. Prychnęła i odwróciła się w moją stronę. Nosem szturchnęła mnie w dłoń, dając mi do zrozumienia, że czeka na marchewkę.
- Na pewno! Najpierw cię muszę wyczyścić, kochanie, a potem porozmawiamy o żarciu!
Spojrzała się na mnie przekornie swoimi wielkimi, brązowymi oczami, a ja mogę zaręczyć, że widziałam w nich łzy.
- Oj dobrze, już…
Wyszłam z boksu i usłyszałam, jak ogon Fury uderza o drewniane ściany. Podeszłam do wiadra z warzywami i złapałam za marchewkę. Jednak nie tylko ja miałam na nią ochotę. Zobaczyłam czyjąś dłoń i od razu chciałam zobaczyć właściciela. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja prawie ugięłam się pod jego niebieskimi oczami.
- Proszę, weź.
- Dziękuję.
- Niall jestem, nowy tutaj. Przeprowadziłem się i musiałem zmienić stadninę.
- Kaira.
Nie wdając się w dłuższą rozmowę, wróciłam do swojego konia. Nie chciałam nowych przyjaźni. Nie były mi one potrzebne. Byłam pewna tego, po co tu jestem i nic nie mogło mi przeszkodzić w realizacji tego planu. Nic ani nikt.
***
- Proszę was, wychodzimy na czworobok!
Wyjrzałam z boksu i dojrzałam wysoką, szczupłą kobietę o ostrym spojrzeniu i szpicrutą w ręce. Madame Renque. Bue.
- Wolta, wężyk i serpentyna. Niall, dajesz.
Chłopak spojrzał się niepewnie po wszystkich i ruszył. Siedział na koniu pewnie i nie ulegało wątpliwości, że był najbardziej ogarniętym jeźdźcem w tej grupie. Dark po raz pierwszy nie próbował poderwać się do kłusu ani nie kręcił głową jak opętany. Cud. Z tym koniem nigdy nic nie wiadomo, a to, że dali mu go na pierwszą jazdę było szczytem chamstwa. Ale jak widać, świetnie sobie radzi. W tamtym roku James złamał sobie nogę, gdy Dark zerwał się do galopu. Bolesne przeżycie.
Nie dałam po sobie poznać faktu, że blondyn wpadł mi w oko. Zauroczenie znałam tylko z opowieści mamy. I to chyba było to, ale nie chciałam niczego komplikować. Byłam za młoda na to by się zakochać.
***
- Cześć Kaira!
Odłożyłam siodło na półkę i odwróciłam się. W drzwiach stajni stał niebieskooki chłopak.
- Cześć. Czegoś szukasz?
- Nie. Chciałem się tylko zapytać, czy chciałabyś mi dać swój numer…
- Czekaj, czekaj. To, że masz śliczną mordkę i genialnie jeździsz nie znaczy że wszystkie na ciebie będą lecieć. A na pewno nie ja.
Minęłam zaskoczonego chłopaka i pobiegłam do domu. Jutro były zawody. Te najważniejsze w moim życiu.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
- Spokojnie i oddychaj głęboko.
- Mamo, wiem.
Pocałowała mnie w czoło, a ja poczułam się znowu jak sześcioletnie dziecko. Lubiła tak robić tuż przed zawodami. Zawsze opowiadała, że robiła tak zawsze z tatą. Raz zapomniała. No właśnie. Raz.
Na początku była ujeżdżalnia. Ja nie brałam udziału, czekałam na wyścigi. Jednak Niall startował w tej konkurencji. Trzymałam za niego kciuki, mimo to, że wczoraj nie byłam najmilszą istotą na Ziemi. Potem nadeszła moja kolej. Wsiadłam na konia i na znak sędziego zaczęliśmy cwał. Czułam jak wiatr owiewa mnie z każdej strony i to uczucie kochałam. Uczucie wolności. Uczucie, za które mój ojciec oddał życie. Robiłam ostatnie okrążenie. Byłam na prowadzeniu, nikt nie mógł mnie wyprzedzić. Nagle jednak zobaczyłam kogoś z numerem 6, kto mnie minął. Zaklęłam w duchu. Ha! Przeklinałam tak, że tata musiał złapać się za głowę. Niech cię piekło pochłonie.
- Pierwsze miejsce – Niall Horan! Drugie miejsce – Kaira Collins! Trzecie miejsce – Quinn Jutson!
Spojrzałam się na sędziego. ‘Jak Bóg mi świadkiem, Niall zginie’. Nagle zobaczyłam chłopaka przeciskającego się w stronę jury. Szepnął coś na ucho sędziemu głównemu. Mężczyzna spojrzał się z zdziwiniem na chłopaka i podrapał się po prawie łysej głowie.
- Mała zmiana! Pierwsze miejsce – Kaira Collins..!
Spojrzałam się na blondyna. Uśmiechnął się do mnie, odsłaniając rząd nierównych zębów.
***
- Nie musiałeś.
- Wybacz. Musiałem. – chłopak zaczął grzebać w swojej torbie. Wyjął z niej notes. Mój notes. – Głupio mi, ale przeczytałem. Przepraszam. Wiem, jakie to zwycięstwo było ważne dla ciebie. Dlatego zrzekłem się. Dark za szybko pobiegł…. Stopowałem go, ale debil biegł dalej.
- Co zrobiłeś…?
- Przeczytałem twój pamiętnik. Nie wiedziałem czyj był, a chciałem oddać właścicielowi.
Chłopak poczuł na swoim policzku ból. Skóra zaczerwieniła się i Niall złapał się za twarz. Skulił się.
- Jestem debilem!
- A żebyś wiedział.
Kaira odeszła szybkim krokiem. Niall szybko podniósł się z ziemi i pobiegł za nią. Dziewczyna była szybsza. Biegli przez las. W oczach brunetki czaiły się łzy. To przez nie, nie zauważyła konaru i upadła. Z kolana poleciała krew. Blondyn zdjął koszulkę i zakręcił dookoła rany.
- Hej, nie płacz.
- Zostaw mnie.
- A jeśli ci powiem, że mogę być lepszy niż ktokolwiek wcześniej?
- Nikt nie jest idealny.
- Ja też nie jestem. Ale chcę być dla ciebie jak najlepszy. Poznałem cię już trochę… Jeśli to, co pisałaś w pamiętniku było prawdą…
- Chcesz być ze mną?
- Chcę, żebyś wiedziała, że dla kogoś znaczysz coś więcej. Że dla mnie znaczysz coś więcej.
Kaira pocałowała Niall’a prosto w usta.
***
Dedykacja na końcu, ale kij. Ninuś :***

★42 Louis - "Historia jednej piosenki"

Z pełną dedykacją dla Patrycji. Dziękuję. Za to że jesteś. I zadbaj o moje serce, bo oddałam je Tobie.
_________________

People say we shouldn’t be together

We’re too young to know about forever
But I say they don’t know
What they’re talk - talk - talking about

- Synu, o czym ty gadasz?!
Mama rzuciła szmatkę na szafkę, a obok postawiła szklankę, którą jeszcze przed chwilą zaciekle pucowała.
- Mamo, ale ja na serio tak myślę...
Wyprostowałem się pod jej wzrokiem. Siedziałem w milczeniu, patrząc się w jej oczy. Prawie mogłem zobaczyć w nich małe błyskawice.
- Nie denerwuj mnie, Louis. Napij się lepiej, odsapnij, może masz teraz mózg zasnuty…
- Mamo, nie. Ja ją kocham i z nią będę.
Poczułem straszny ból na policzku. Złapałem się za twarz i syknąłem z bólu.
- Gówniarzu, nie wiesz, co robisz…
- WIEM CO ROBIĘ! LEPIEJ OD CIEBIE!
Wybiegłem z domu i z zaszklonymi oczami wszedłem do szpitala.
- Miałaś rację.
- Mówiłam… Trzeba było na razie trzymać to w tajemnicy…
- Myślałem, że zareaguje inaczej…
- Co? Jak zareagowałbyś, gdyby twój syn przyszedł do ciebie i ci powiedział, że zakochał się w piętnastoletniej dziewczynie, która umiera na raka?
Cause this love is only getting stronger
So I don’t want to wait any longer
I just want to tell the world that you’re mine girl

- Zaraz otworzę okno i wykrzyczę to.
- Co?
- To, że cię kocham.
- Louis, debil z ciebie.
- Ale kochany, czyż nie?
Patrzyłem się jak przeplatała kolejne sznurki od muliny. Z każdym supełkiem szło jej coraz szybciej.
- Ej, ej, uważaj. Tutaj ci się pokręciły.
- Dziękuję.
Odwróciła twarz w moim kierunku i cmoknęła mnie w policzek. Uśmiechnąłem się patrząc w jej oczy i pocałowałem ją w stylu Eskimosa. Roześmialiśmy się, a ja wprost delektowałem się jej perlistym śmiechem.
They don’t know about the things we do
They don’t know about the I love you’s
But I bet you if they only knew
They will just be jealous of us

- Mała, stój!
- Czemu niby?
Odwróciła się i przystanęła. Woda spływała po jej włosach, które spięła w kucyk. Podszedłem do niej i ująłem jej twarz w dłonie.
- Co się śtało Louisiowi?
Uśmiechnęła się odsłaniając rząd nierównych zębów. Dłońmi, które miała schowane w kieszeniach płaszcza, objęła mnie w pasie.
- Kocham cię.
- I dlatego musimy moknąć?
They don’t know about the up all night's
They don’t know I’ve waited all my life
Just to find a love that feels this right
Baby they don’t know about
They don’t know about us

‘POTATO!’
- Do kurwy nędzy, kto ma czelność budzić mnie w środku nocy?
Wtuliłem twarz w poduszkę i nie miałem najmniejszej ochoty jej podnosić. Zaraz jednak przyszedł drugi sms i poczułem, że Harry wierci się w swoim łóżku. Podniosłem zaspaną głowę i sięgnąłem na stolik po telefon. Odblokowałem ekran.
‘2 nowe wiadomości od: Paula’
Szybko wyświetliłem wiadomości.
‘Nie mogę spać. Tęsknię za domem i za tobą.’
‘Przepraszam, jeśli budzę, wiem, że tego nie lubisz, ale naprawdę chcę wrócić do domu. Jutro (w zasadzie dziś) ma być ten przeszczep… Boję się’
Nie mogłem zadzwonić, bo pobudziłbym wszystkie pielęgniarki, ale smsowaliśmy do 6 nad ranem. Gdy przestała odpisywać byłem pewny, że usnęła. Napisałem jeszcze ‘Dobranoc kochana’ i przewróciłem się na drugi bok. Co z tego, że dzisiaj mamy ważny koncert i pewnie będę nieprzytomny. Moja mała mnie potrzebowała.
One touch and I was a believer
Every kiss it gets a little sweeter

Szedłem ulicą i myślałem o niczym.
Leniwy, czerwcowy, wolny dzień… Moje marzenie od bardzo dawna. Nagle zauważyłem, że jakieś kartki latają między stojącymi w korku samochodami. Szybko spojrzałem się na źródło zamieszania, a wtedy ono przeskakiwało pomiędzy autami łapiąc w locie skrawki papieru. Podszedłem i pozbierałem książki z krawężnika.
- Dzięki za pomoc.
Podniosłem głowę i zobaczyłem ją. Włosy spięte w kucyk, luźna koszulka, która nie opinała ciała i ukrywała dodatkowe kilogramy i uśmiech. Uśmiech, który pokochałem od pierwszego razu i byłem pewny, że chcę go widzieć do końca życia. Zapięła plecak i poszła dalej. Wtedy zauważyłem, że na chodniku został jej telefon, ale nie miałem nawet jak jej dogonić.
- Huh, będzie okazja, by się znowu spotkać…
It’s getting better
Keeps getting better all the time girl

- Uśmiechnij się. Kocham sposób, w jaki się uśmiechasz.
- Lou, nie mogę. Wszystko mnie boli.
Rysowałem kółka dookoła jej ręki.
- Wiesz, że chciałbym ci pomóc… Ale nie mogę. Jakbym chciał, żebym to ja tu leżał, a nie ty! Ale będzie lepiej… Obiecuję ci to… A na razie mogę poczytać ci! Co na to powiesz?
- Jeśli masz „I wciąż ją kocham” to masz natychmiast wyciągnąć z torby!
Uśmiechnęła się delikatnie.
- I to kocham.
Nachyliłem się i pocałowałem ją prosto w blade usta.
They don’t know how special you are
They don’t know what you’ve done to my heart
They can say anything they want
Cause they don’t know us

- Jak tam twoja mała?
- Hym, dobrze.
Podniosłem głowę znad notatek i spojrzałem się w czekoladowe oczy Zayn’a.
- Wiesz, że popieram każdą twoją miłość z całego serca, ale ona jest ciupkę za młoda, nie sądzisz?
Usiadł okrakiem na krześle.
- Nie sądzę. Wiem, że pomiędzy nami jest przepaść wiekowa, ale to nie gra roli. Wiesz czemu?
- Czemu?
- Bo dusz nie obchodzi czas.
They don’t know what we do best
It’s between me and you
Our little secret

- Marsz weselny.
- O czym do mnie rozmawiasz?
- To masz zagrać.
Siedzieliśmy przy pianinie w moim mieszkaniu.
- Uczyłem cię, nie pamiętasz, mała?
- Pamiętam. I nie nazywaj mnie mała.
- Ale to znaczy twoje imię! Dajesz, Paula.
Jej palce ślizgały się po klawiaturze, a ja zapatrzyłem się w jej nos. Miała ładny nos.
Z każdym dniem szło jej coraz lepiej. To, że uczyłem ją grać na pianinie było całkowicie moją inicjatywą, ale Paula szybko zgodziła się na ten pomysł i bardzo jej się spodobał.
***
They don’t know about us
- Co z tego? Kochamy się, czy nie to jest najważniejsze?
- Co sobie ludzie pomyślą?!
- Co mnie to obchodzi? Od 3 lat wmawiają mi, że jestem gejem! Wszystko mnie gówno obchodzi!
Wybiegłem z mieszkania mojej matki trzaskając drzwiami. Wiedziałem, co robię. Pierwszy raz od bardzo dawna byłem przeświadczony o tym, że robię dobrze.
- Dzień dobry. Jestem Louis Tomlinson, chłopak pańskiej córki.
- Wejdź, chłopcze.
Rozmawialiśmy długo. Musiałem ich namiętnie przekonywać, że nie mam złych zamiarów wobec ich córki. Nie chcieli mi uwierzyć, że jestem szaleńczo w niej zakochany, ale w końcu dali mi szansę. Jednocześnie pan Genley wskazał broń wiszącą na ścianie i spojrzał się na mnie znacząco.
- Jeśli zrobisz cokolwiek Pauli…
- Tato…
- Nie ręczę za siebie i ten twój piękny pyszczek będzie jak sitko.
- Dobrze, proszę pana, wchodzę w ten układ.
Z uśmiechem na twarzy podałem mu dłoń. Chociaż ci ludzie nas rozumieli.
***
- Jak przekonałeś moich rodziców? To było… Niesamowite!

- Ma się ten urok osobisty…
- Oj, chodź, daj buziaka małej.
Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem w nadstawiony policzek. Wolną ręką wyciągnąłem z kieszeni kurtki woreczek.
- Ja wiem… To nie są takie prawdziwe oświadczyny czy coś w tym rodzaju… Ale chciałabyś zostać kiedyś moją żoną?
- Wierz mi, że tak. Tak.
Założyłem na jej rękę bransoletkę, a w świetle kwietniowego słońca połyskiwał napis „Paula&Louis”. Uśmiechnęła się do serduszka i objęła rękami moją szyję.
- Teraz zawsze będę mogła cię mieć przy sobie.
- Ty zawsze masz mnie przy sobie. Bo masz moje serce.

czwartek, 18 kwietnia 2013

★41 Zayn

A tego pana tutaj dawno nie widziano <3333

Wstałam z łóżka. Kolejny początek roku szkolnego. Ten będzie ostatnim spędzonym w tym liceum. I dobrze. Miałam już dość tych wszystkich lizusów co za jedno spojrzenie mogliby się pogryźć. Założyłam wcześniej przyszykowaną spódnicę i białą bluzkę oraz moje ukochane szpilki. Przeglądając się w lustrze, umalowałam usta i podkreśliłam oczy. Zakręciłam włosy na lokówce. Byłam gotowa na spotkanie z rzeczywistością. Wyszłam z łazienki, a w drzwiach minęłam mojego brata bliźniaka. Nie mogłam uwierzyć, że jesteśmy spokrewnieni. Ja - królowa szkoły, on - ciamajda klasowa. W tamtym roku wywalił się o kable od głośników i wszystkie spadły, jednocześnie robiąc niezły hałas. Wstyd przed wszystkimi. Miałam ochotę go utłuc.
- Matt, czekam w samochodzie! Mamo, wychodzę!
Odpaliłam ogrzewanie. Jak na wrzesień było chłodno. Ale czego się spodziewać, mieszkam w Anglii... Grrr...
Nagle zauważyłam jak ktoś idzie chodnikiem. Byłam pewna, że nietutejszy. Rozglądał się niepewnie, jakby czegoś szukając. Gdy przeszedł tuż przed maską mojego Volkswagena Golfa pomyślałam, że lepszego ciacha rodzice nie mogli zrobić. Siedziałam w oniemieniu, gdy ten debil otworzył drzwi.
- Claire, jedziemy! - usiadł i z głośnym trzaskiem zamknął auto.
- Debilu, ciszej! Co ja z tobą mam sieroto Boża...
Zajechaliśmy na szkolny parking dokładnie dwadzieścia minut przed rozpoczęciem imprezy. Wysiadłam z samochodu i podeszłam do bagażnika by wyjąć torbę, gdy nagle ktoś mnie zaczepił. Odwróciłam się, a tam stał mój anioł. Pierwszy raz wmurowało mnie w ziemię i nie wiedziałam jak odpowiedzieć, gdy zapytał się o drogę na salę gimnastyczną.
- Moja siostra jest trochę... Niedysponowana. Wybacz jej to. Ja cię zaprowadzę. Matthew jestem.
Patrzyłam się jak debil, gdy mój ciotowaty brat odchodził z największym ciachem jakie w życiu widziałam. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nic nie mogłam zrobić. Złapałam torbę i w złym humorze pognałam do budynku.
Popchnęłam drzwi i weszłam przez nie a już obok mnie zgromadziła się grupka ludzi. Moi starzy znajomi, a także twarze, które kojarzyłam tylko z widzenia i chciały się mi podlizać. Nowy rok, nowe życie. Nie dla was, frajerzy. Zawsze będziecie takimi odludkami stojącymi z boku, jak ja kiedyś.
Wzrokiem szukałam mojego brata. Nie trudno było go znaleźć, stał z swoimi kumplami i moim ciachem pod oknem. Między nimi dostrzegłam Julie. Zgrana paczka przyjaciół… Bueee, rzygam. Na tym świecie nie ma przyjaciół.
***
- MATT, WSTAWAJ!
Podniosłam głowę z poduszki. Kto się śmie drzeć o tej godzinie? Dobra, jest jakaś 8.30.
- Staaary, weź się piernicz, daj się ludziom wyspać!
- Wszyscy czekają tylko na ciebie. No miałeś mi pokazać jak robisz tą akrobację na desce!
Założyłam sobie poduszkę na głowę i przycisnęłam do uszu. Mojemu bratu udało się zaprzyjaźnić z Zayn’em. Miałam ochotę płakać, ponieważ jako pierwszy zlał mnie totalnie. Nie spojrzał się na mnie, gdy z wielkim dekoltem stałam mu prawie pod nosem. Olewka totalna, a Claire się tak nie daje. Jeszcze pożałujesz, że się urodziłeś.
***
Weszłam do sali. Za 15 minut zaczynała się lekcja biologii. Wszyscy zgromadzili się w jednym kącie i otoczyli Zayn’a szczupłym kręgiem. Uśmiechając się pod nosem, rzuciłam torbę na ławkę. Nagle chłopak przedarł się przez tłum i podszedł do mnie.
- Miło ci tak opowiadać ploty o wszystkich? Co? Zraniłaś mnie!
- Oj, bo mnie to poruszyło. Lepiej wracaj tam skąd przybyłeś, brudasie.
Zawtórował mi chóralny śmiech z końca sali. W oczach chłopaka pojawiły się łzy i wybiegł z klasy. Zmieszałam się odrobinę, ale nie dając po sobie niczego poznać wypakowałam książki i usiadłam.
***
- Dumna jesteś z siebie?
Podniosłam głowę znad gazety. W drzwiach zobaczyłam mojego brata.
- Czego chcesz?
- Wiesz, czego chcę. Ludzie są wredni. Czemu nagadałaś takich rzeczy o Zayn’ie?
- Skąd wiesz, że to ja?
- Claire, daj spokój. Co cię podkusiło do jasnej cholery by takie coś powiedzieć? Mi to przez usta nie przechodzi!
- I co mam teraz zrobić? Przeprosić go?
- Najlepiej!
- Jak?
Rzuciłam gazetę na podłogę i podparłam kolana pod brodę.
- Dzisiaj w skatepark’u. Jak nie przyjdziesz, to jesteś pierdolonym tchórzem.
Wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
***
- Hej Zayn.
- O, patrzcie kto nas zaszczycił swoją obecnością! Claire!
- Coś nie pasi?
- Nie… Zastanawia mnie po co przyszłaś.
- Chciałam cię przeprosić. Na serio mi przykro.
- Taaaa. Też chciałbym ci coś powiedzieć. Podobałaś mi się. Ja tobie też. Ale z każdym dniem utwierdzałem się w przekonaniu, że nie jesteś dziewczyną dla mnie. Cycki na wierzchu, ślinisz się do wszystkiego, co się rusza… Wybacz.
Odwrócił się i odszedł, pozostawiając mnie w osłupieniu.
***
Następnego dnia weszłam do klasy i zobaczyłam kupkę ludzi skupioną z tyłu sali. Gdy tylko mnie zobaczyli, natychmiast do mnie podbiegli.
- To prawda, że zaliczyłaś wszystkich pierwszaków?
- To nie może być prawda! Ona tylko paru lody w schowku na miotły robiła…
Głosy gromadziły się dookoła mnie i wbijały się do mojej głowy. Nie wytrzymałam kolejnych oskarżeń. Wybiegłam z klasy, tak jak niegdyś Zayn. Wbiegłam do łazienki. Zamknęłam się w kabinie i uświadomiłam sobie co zrobiłam. Jak musiałam go zranić. Zrobiło mi się strasznie przykro, a na moim sercu osadził się kamień.
Nagle drzwi się otworzyły, a ja upadłam na podłogę. Silne ręce pomogły mi się podnieść. Stanęłam twarzą w twarz z Zayn’em.
- I co? Szczęśliwa teraz? – uśmiechnął się pod nosem.
- Tak. Przepraszam…
- Słowo rzucane na wiatr.
- Co mam obiecać?
- Że się zmienisz. Wiem co nieco o twoich wcześniejszych wybrykach, więc wiesz.. Najmilsza nie byłaś i nie jesteś.
- Przysiąc?
- Przysięgaj. Ręka na sercu…
Stanęłam na palcach i przytrzymałam jego twarz, by nie odsunął jej, gdy go całowałam. Na początku był zaskoczony, ale po chwili zaczął pogłębiać pocałunek.
- Dla ciebie?
- Dla mnie.

niedziela, 14 kwietnia 2013

★40 Louis

Dobra, mniejsza z tym wszystkim, hope u like it, mimo że taki paranormal o.o
______________


Szedłem spokojnie ulicą z papierowym kubkiem w ręku i uważałem, by nie wylać zawartości. Skręciłem w bok. Wszedłem do parku. Usiadłem na ławce. Nie chciałem wracać do domu. Dziewczyna mnie rzuciła. Nie mogłem się chłopakom pokazać w takim stanie. Oj nie. Louis jest twardy i nieugięty, arogancki, a nawet czasem egoistyczny. Ale nigdy nie ryczy z powodu jakieś głupiej laski! Proszę was!
Dumałem sobie nas tym kubkiem, a słona woda leciała wprost do niego. Chyba za dużo cukru. Nagle koło mnie ktoś się dosiadł. Mimo, że było (o niebiosa) jakieś 10 na minusie, ona siedziała w krótkim futerku i sukience. Szpilkach. Nogi zakryte delikatnymi rajstopkami. Odwróciłem twarz w jej stronę. Odgarnęła z twarzy niebiesko – czerwone włosy i spojrzała na mnie nieobecnym spojrzeniem swych  błękitnych oczu.
- Cześć, Louis.
Głos miała jak miliony dzwoneczków. Odbijał się echem w mojej głowie jeszcze jakieś 4 dni.
- My się znamy?
- Nie. Ale musisz mi pomóc.
- Jak?
- Za równe 24 sekundy minie godzina od mojej śmierci – ciarki przeszły mnie po plecach – A ja nie chciałam umrzeć. Musisz coś dla mnie zrobić.
- Co?
- Daj rękę. – posłusznie podałem dłoń Nieznajomej
Nagle na moim nadgarstku pojawiła się połówka gwiazdki. Patrzyłem się w nią oczarowany. Mieniła się wszystkimi kolorami tęczy.
- Przyjdź pojutrze na mój pogrzeb. Będzie on w tym najbliższym. Proś o otwarcie trumny. Złap mnie za nadgarstek. Proszę. Zrób to dla mnie. Ja chcę żyć!
Rozpłynęła się w powietrzu. Kontury się rozmazały, a ona sama stała się pyłkiem brokatu, który został zdmuchnięty przy najbliższym wiaterku.
Poszedłem na ten pogrzeb. Wiedziałem, że jestem świrem. Jak można ufać przywidzeniom? Trudno, wyjdę na pacana i idiotę. Zrobiłem tak, jak poleciła mi Nieznajoma. Rodzina otworzyła trumnę, gdy powiedziałem, że byłem jej chłopakiem. Była ofiarą wypadku, widziałem to po tej masie blizn i ran. O dziwo, gdy złapałem ją za rękę, na poharatanej twarzy pokazały się rumieńce. Krew sączyła się z malutkich szparek.
- Dziękuję. – szepnęła
Zaraz po tym karetka zabrała ją do szpitala, a mi znikła z ręki gwiazdka. Jej rodzice wzięli mnie do samochodu. Po drodze dowiedziałem się, że dziewczyna ma na imię Caroline. Ślicznie.
***
Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem na parkiet. Jej policzki zaróżowiły się. Kiedy ująłem jej dłoń i poprowadziłem w tan, ona uśmiechała się szeroko, a jej czerwone loki delikatnie spłynęły na czoło. Kołysaliśmy się w rytm ‘Hate This And I Will Love You’, a Harry z Niallem krzyczeli ‘Całuj, całuj!’.
Ulegliśmy ich namowom. Usta moje i Caroline połączyły się w pocałunku. Pasujemy do siebie idealnie.

★39 Louis

- Gdzie schowałeś tą pitoloną herbatę?
- Buahaha. Ja jej nie chowałem, Niall'a się spytaj, on w tej kuchni jak w wodzie.
Stanęłam na palcach i ręką szukałam opakowania z herbatą.
- Pomóc?
Jak spod ziemi obok mnie wyrósł Louis. Złapał mnie pod kolanami i podniósł do góry. Dostrzegłam pudełko i chwyciłam je.
- Dziękuję, rycerzu.
- Ależ proszę, lubię pomagać białogłowom w opałach.
- Uważaj. Bo ci tak zostanie! - Zayn odchylił się na krześle, zaraz jednak wrócił do normalnej pozycji bo Lou zmroził go wzrokiem. Wzięłam czajnik i nalałam do niego wody. Przekręciłam kurek i poszłam do pokoju. Zamknęłam drzwi, opatuliłam się kocem i wróciłam do nauki. Usłyszałam dźwięk gotującej się wody więc poderwałam się i biegiem wpadłam do kuchni. Zdjęłam czajnik z fajerki i wlałam wrzątek do kubka.
- Louis, Zayn, chcecie coś?
- Zayn wyszedł.
Odwróciłam się i zobaczyłam Louis'a siedzącego na kanapie. Gdy napotkał moje spojrzenie natychmiast się spłoszył i przeniósł wzrok na ekran telewizora.
- To może Louis chce herbaty, hę?
- Jakbyś mogła.
Wyjęłam drugi kubek z szafki i nalałam wody. Włożyłam tam torebkę z herbatą i posłodziłam. Nagle poczułam czyjeś ręce, które mnie oplotły. Uniosłam się parę centymetrów nad ziemię. Złapał mnie pod kolanami i nie miałam szans powrotu.
- Louis, debilu, co wyprawiasz??
- Zaraz zobaczysz!
Wniósł mnie do swojego pokoju, położył na łóżku i uciekł. Uciekł zamykając drzwi na klucz. Waliłam w nie pięściami, ale on pozostał nieugięty. Usiadł na podłodze. W końcu poddałam się. Z bezsilnością opadłam na podłogę.
- Czego chcesz?
On udawał, że mnie nie słyszy. Zatwardziale nucił coś pod nosem. Myślałam, że zaraz umrę. Czemu mnie zamknął?!
- You make me sick because I adore you so…
***
Góry. Maszerowali szlakiem od paru godzin, a szczytu nadal nie było widać. Nagle Pearl poślizgnęła się i upadła. Kamienie wbiły się w jej ręce, po których spłynęły malutkie strużki krwi.
- Louis!
Chłopak odwrócił się i szybko podbiegł na ratunek. Próbował ją podnieść, ale dziewczyna narzekała na silny ból w kostce. Co on zrobił? Zaniósł ją na dół. Przez kolejne parę godzin niósł przyjaciółkę na rękach. Później okazało się, że Pearl złamała kostkę. W szpitalu był przy niej… Louis, a jej obecny chłopak Greg wolał iść na piwo z kolegami.
***
- How much to moan and groan and quiver inside he needs to give you everything you need?
***
Ognisko. Pożegnanie lata. Zaczęło się robić ciemno i chłodno. Pearl trzęsła się z zimna, bo nie wiedziała, że impreza przedłuży się do późnych godzin wieczornych i nie wzięła kurtki.
- David… Zimno mi. – mruknęła ukochanemu do ucha. Ten zamiast zdjąć swoje okrycie i ją opatulić lub przytulić… Odsunął się i dalej opowiadał jakiejś dziewczynie o grze w kapeli.
- Nie przeszkadzaj. – wysyczał.
- Czyżby młoda zapomniała kurtki?
Poczuła, że na jej ramiona spada jakiś delikatny materiał.
- Dzięki, Lou.
Uśmiechnęła się do przyjaciela a on odwzajemnił.
***
- Hope, I hope you've seen the light because no one really cares they're just pretending…
***
- James, pomóż.
- Co się stało?
- Wywalili mnie z mieszkania… Myślałam, że przedłużą mi umowę ale przyjeżdża jakaś siostra kuzynki brata znajomego i nie chcą… Jestem na bruku, mogę u ciebie nocować?
Rozłączył się. Mieszkał niedaleko. ‘Może padła mu bateria?’ – zastanawiała się. Szarpnęła za klamkę. Drzwi same się otworzyły. Na fotelu siedział James… A na nim jakaś laska. Trzasnęła drzwiami i zbiegła na dół.  W jej kieszeni zaczął wibrować telefon. To był Louis.
- Hej kocie!
- Cześć…
Opowiedziała mu wszystko. Bała się, że będzie musiała wracać do domu. Do oddalonego o paręset kilometrów Teignmouth. Nie chciała tego. Uparła się na studia w Londynie i chciała je skończyć, a znalezienie mieszkania nie jest takie proste.
- Wpadaj do nas, chłopaki odgracą jeden pokój i akurat będziesz miała gdzie mieszkać!
***
Otworzyły się. Brunet wsunął głowę. Wskoczył do pokoju i zamknął drzwi. Chciałam go wyminąć i wyjść, ale on złapał mnie za nadgarstki. No tak, zawsze był tym silniejszym. Rzucił mnie na łóżko, a ja opadłam bezwiednie jak plastikowa lalka. Przytrzymywał mnie, żebym nie uciekła. Wisiał nade mną i patrzył mi się w oczy.
Bałam się. Nie znałam go takiego.
- Daj mi wszystko wyjaśnić. Otóż... Pearl, ja cię kocham. Kochałem cię jako pierwszy, ale ty nigdy tego nie zauważałaś!
- Skąd o tym wiesz?
- Bo zawsze mnie olewałaś.
- Hello, kto tu kogo leje. Masz dziewczynę!
- Wiesz dobrze, że to ustawka.
- Nie chcę żyć w trójkącie.
Puścił mnie. Szybko usiadłam. Wtedy on podszedł do okna i je otworzył. Usiadł na parapecie.
- Wiesz jak bolało to, gdy patrzyłem jak umawiasz się z kolejnymi dupkami?
- Wiesz czemu się z nimi umawiałam?
- Nie.
- Bo bolał mnie twój związek.
Podeszłam do niego. Złapałam go za rękę i oparłam się o ścianę.
- Obiecasz mi coś, Lou?
- Co?
- Że mnie nigdy nie opuścisz.
- Obiecałem ci to już dawno temu.
***
Lato. Para przyjaciół idzie plażą. On niesie swoje i jej sandały. Ona skacze po falach. Nagle zrobiła fikołka i wpadła do wody. Chłopak rzucił buty i pobiegł. Wyniósł ją z wody.
- Louis, obiecaj mi jedno.
- Co mam ci obiecać? - uśmiechnął się łobuzersko.
- Że zawsze będziemy razem.
- Obiecuję ci, że nigdy cię nie opuszczę.



sobota, 13 kwietnia 2013

★38 Harry

Strasznie naciągane... Kochani, Bells się wypaliła... ;________________;
___________________________

Machnęłam kredką kreskę nad okiem. Spojrzałam się w lustro i cmoknęłam do siebie. Chwyciłam jeszcze błyszczyk, by poprawić usta i obciągnęłam sukienkę.
- Babciu, ja wychodzę.
- Baw się dobrze! Czekać na ciebie?
- Nie, nie trzeba!
Wyszłam z domu i skierowałam się w stronę klubu w którym moja najlepsza przyjaciółka miała urodziny. Te 18, najważniejsze w całym życiu. Ja swoje będę miała za niecałe 3 tygodnie. Weszłam do pomieszczenia. Szybko odnalazłam moje znajome.
- Gotowe na niezapomniany wieczór?!
No właśnie. Niezapomniany. Tylko tyle pamiętam z tamtej nocy. Obudziłam się na jakiejś klatce schodowej, nie wiedziałam gdzie jestem ani jak dojść do domu. Jakby to powiedziała Katrin ‘To znak, że impreza była udana’. Ale w tym momencie nie było mi do śmiechu. Zauważyłam dookoła siebie plamy krwi. Szybko zlokalizowałam źródło krwawienia i przeraziłam się. Wstałam z podłogi. Obok leżała mój płaszcz. Założyłam go i stwierdziłam, że nie jest tak źle. W ciemnościach nie mogłam dostrzec, czy gdzieś koło mnie leżaki torebka. Zaczęłam szukać  po omacku, lecz nigdzie jej nie było. Mruknęłam pod nosem i ostrożnie zeszłam po schodach by nie robić hałasu.  Wyszłam na ulicę. Każdy gdzieś się śpieszył. Zauważyłam chłopaka, który smsował, a w drugiej ręce trzymał kubek po kawie. Niepewnie do niego podeszłam.
- Wiesz, która jest godzina?
Spojrzał się na mnie jak na kosmitę i schował telefon do tylnej kieszeni spodni.
- Boże, debil ze mnie. Poczekaj, zaraz sprawdzę.
Wyciągnął aparat i odblokował.
- 3.30 rano.
- Dziękuję.
Już miał się oddalić, gdy złapałam go za rękaw kurtki.
- Przepraszam, ale... Gdzie jesteśmy?
- Londyn, złotko. Old Queen Street.
- Dziękuję ci jeszcze raz.
- Skąd jesteś? Jak masz na imię?
I w tym był problem. Miałam dziurę w głowie. Łzy pociekły mi po policzku.
- Hej, hej! Nie płaczemy!
- Ale... ja nic nie pamiętam!
Opowiedziałam mu strzępki wspomnień, które siedziały w mojej głowie. Chłopak zaprowadził mnie do swojego mieszkania. Pomógł mi się umyć i dał swoje ciuchy, bym mogła się przebrać. Weszłam do salonu, a tam mój wybawca siedział z jakimś gościem na kanapie.
- Cześć...
- Nie wstydź się!
Harry poderwał się z sofy i podszedł do mnie.
- To jest Louis, on ze mną mieszka.
- Louis twierdzi, że zna skądś tą dziewczynę. Niech ja sobie przypomnę skąd... Nie pamiętasz nic?
Potrząsnęłam głową. Nagle w pomieszczeniu rozległ się dzwonek telefonu. Lou wyjął aparat z kieszeni.
- Ha! Już wiem! Ty mieszkasz naprzeciwko Tim'a!
- Tim Dersty?
- Yup.
- Dobra, ogarniam gdzie. Dawaj, odwiozę cię.
Pół godziny później byłam pod moim blokiem. W zasadzie oni twierdzili, że ja tam mieszkam. Harry pomógł mi wysiąść z auta i podszedł do furtki. Wybrał jakiś numer na klawiaturze domofonu, zamienił parę słów z jakimś gościem i otworzył drzwi. Weszliśmy po schodach na pierwsze piętro.
- Hej, stary!
- No długo się nie widzieliśmy.
- Cześć Madison. Twoich rodziców nie ma w domu, oni pojechali na pogrzeb twojej babci... Przykro mi. Staruszka zmarła 4 dni temu.
Poczułam, że otwieram drzwi podpisane "Życie przed osiemnastką Katrin". Zaczęłam płakać i rzuciłam się w ramiona Harry'ego.
Babcia była moją najbliższą osobą. Rodzice ciężko pracowali, długo nie było ich w domu. Całe dnie spędzałam z seniorką rodu. Rozumiałyśmy się bez słów. Podeszłam do drzwi i wyciągnęłam spod wycieraczki klucz. Otworzyłam drzwi i zaprosiłam chłopaka do środka. W korytarzu nie wytrzymałam i zaczęłam rzucać się jak wściekła. Wtedy on podszedł i mnie przytulił. Pozwoliłam łzom płynąć swobodnie.
- Masz jakieś zdjęcia swojej babci?
- Mam całe albumy...
- Pokazałabyś?
- Chyba taaak.
Weszliśmy do salonu, a ja z półki na książki wyciągnęłam album. Usiadłam na obitej skórą kanapie i kazałam chłopakowi klapnąć obok. Otworzyłam karty, a w moich oczach pojawiły się słone krople. Tu z babcią w przedszkolu, tu mój pierwszy raz na rowerze, tu moje pierwsze ciasto. Ktoś przekręcił klucz w zamku. Poderwaliśmy się z miejsc i stanęliśmy na baczność. Zobaczyłam moich rodziców, oboje byli zapłakani i w czarnych ubraniach.
- Madison!
Moja mama podbiegła i przytuliła mnie mocno. Odwzajemniłam uścisk.
- Dzień dobry, jestem Harry Styles, znalazłem państwa córkę. Ona była … zgwałcona. Ja tylko pomogłem. 
Wytłumaczył w jakim stanie byłam, gdy znalazłam się na Old Queen Street. Wszystko potoczyło się szybko.  Harry zmył się. Rodzice zawieźli mnie na komisariat. Musiałam tam wszystko opowiedzieć. Wszystko co pamiętałam, a to było niewiele. Wróciłam do domu i zamknęłam się w pokoju. Nie chciałam z nikim gadać. I tak było przez pół roku.
***
- MADISON!
Odwróciłam się. Nie codziennie wołają cię w środku Londynu. Zauważyłam, że przez tłum przedziera się kręcona czupryna.
- Cześć.
- Co tam?
- Nadal tak samo…
- Ja cię przepraszam że wtedy nie wziąłem od ciebie numeru… Naprawdę mi przykro… Skąd wracasz?
- Byłam u psychologa…
- Chodź ze mną!
Pociągnął mnie za rękę i szliśmy uliczkami w dół. Nagle chłopak zatrzymał się i zawiązał na moich oczach apaszkę. Szliśmy ostrożniej, żebym się nie wywaliła. Poczułam, że położył mi ręce na ramionach i ich ciężarem każe mi usiąść. Ostrożnie usiadłam po turecku. Wtedy Harry zdjął chustkę. Zobaczyłam wody Tamizy.
- Po co tutaj mnie zabrałeś, co?
- Widzisz statek?
- Widzę.
- Wodę widzisz?
- Widzę.
- Jak zachowuje się statek bez wody?
- Nie płynie, ale co to ma do rzeczy?
- Daj skończyć. – pokazał mi ogromnych rozmiarów tatuaż na przedramieniu. – Jestem statkiem i chyba znalazłem dobrą wodę po której mogę pływać. Moją wodą jesteś Ty.