Sabinie ;*Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podniosłam się z kanapy i podeszłam do wizjera. Cały świat przesłaniało mi coś czerwonego. Pociągnęłam za klamkę.
- Hej, skarbie.
- O, cześć, Lou. Dzisiaj miałeś być zajęty…
- Ale się urwałem specjalnie dla Ciebie. Trzymaj. Wsadź do wazonu, co? Bo zwiędną. – uśmiechnął się, odsłaniając rząd białych zębów.
- Dziękuję. Wiesz, że nie musiałeś. – pocałowałam chłopaka w policzek i złapałam od niego bukiet.
- Drobiazg. Lubię patrzeć jak się uśmiechasz.
Odwróciłam się i poszłam w stronę kuchni. Wyjęłam z szafki malutki wazonik. Postawiłam go w umywalce i nalałam wody. Przez chwilę podziwiałam kwiaty i słuchałam, jak Louis zdejmuje buty. Strasznie mu skrzypiały. Namawiałam go od dobrego miesiąca, by kupił sobie nowe, ale on upierał się przy tych. Skoro tak je kochał…
Poczułam na moich biodrach ciężkie i ciepłe dłonie.
- W skarpetkach jesteś niesłyszalny, tak?
Odwrócił mnie do siebie, a mnie zaparło dech. Zawsze, gdy z bliska lustrowałam jego twarz miałam wrażenie, że jest zbyt idealny.
- A żebyś wiedziała. Tylko zaraz będę bardzo słyszalny.
- Louis, nie.
- Coco, tak.
- Nie, zrozumiałeś?
- Nie zrozumiałem.
Podniósł mnie do góry i przeniósł przez kuchnię. Zanim się zorientowałam, niósł mnie w stronę sypialni. Wyrwałam się z jego uścisku, lecz nie na długo, bo po chwili zostałam przygwożdżona do ściany.
- Nie zapominaj, że jesteś moja. Tylko moja.
Odgarnął moje włosy na jedną stronę. Odsunął trochę bluzkę i przejechał palcem po nagiej skórze. Nagle pochylił się i pocałował mnie w bark. Po chwili wbił się we mnie zębami, a ja zaskowyczałam żałośnie, gdy moja skóra została przecięta.
- Louuu.
- Cii, nie widzisz, że się dopiero rozkręcam?
Moja bluzka prawie całkowicie zsunęła mi się z ramion.
- Zostaw. – wysyczałam.
- Nie.
Próbowałam go odepchnąć, ale on tylko mocniej na mnie naparł. Poczułam jego dotyk na mojej piersi. Nie widząc innego wyjścia, podniosłam kolano i uderzyłam go w jądra. Syknął z bólu, a już po chwili poczułam, że mój policzek robi się czerwony. Za drugim uderzeniem był już fioletowy. Za trzecim brązowy. Dalszych uderzeń nie pamiętam, bo osunęłam się na ziemię.
***
- Cichaj. Cichaj. Nie ruszaj się. On się na ciebie nie patrzy.
- Karen, spokój. Patrzy się na mnie.
- Skąd wiesz?
- Ślepa nie jestem.
Wstałam z podłogi i otrzepałam sukienkę z niewidzialnego pyłu. Złapałam szklankę i podeszłam do umywalki, po czym włożyłam ją do zewnątrz. Wróciłam do mojej przyjaciółki, ale moje miejsce było już zajęte. Zauważyłam, że Karen robi do tego gościa maślane oczy. No super, pierwsza w życiu parapetówka, a ta mnie zaraz zostawi. Zabiję ją jak wyjdziemy stąd.
- Cześć. – rozepchałam trochę towarzystwo, siadając w środku. Karen nie była zadowolona.
- Cześć. Jak masz na imię?
- Colette, ale mów mi Coco. A Ty? – przechyliłam głowę w jego stronę.
- Louis. – podał mi rękę. – Zatańczysz?
- No jasne. – chłopak pociągnął mnie do góry.
Nie spostrzegłam się, kiedy objął mnie w talii, a drugą rękę trzymał wyciągniętą. Włożyłam swoją dłoń w jego. Tańczyliśmy przytuleni, gdy nagle moja głowa opadła na jego ramię. Pomyślałam sobie, że go spłoszyłam. On jednak przytulił mnie swoim policzkiem. W jego ramionach czułam się tak bezpiecznie.
***
- Pójdę po piwo. – Eric podniósł się z kanapy.
- Pomogę mu. – szepnęła do mnie Karen i porozumiewawczo mrugnęła okiem.
Wieczór w towarzystwie najlepszych przyjaciół i mojego chłopaka wydał się fajnym pomysłem. Siedzieliśmy w naszym ulubionym pubie i dyskutowaliśmy… Boże… Może lepiej będzie, jak tematy naszych rozmów zostaną w ‘Lord Marcus’.
- To możesz my też się przejdziemy, co? – szepnął mi Lou do ucha.
- Na dwór?
- Tak. Sądzę, że gdy wrócimy, ich jeszcze nie będzie.
Podniosłam się z miejsca i podeszłam do wyjścia, a Louis cały czas szedł za mną i szukał mojej dłoni. Gdy wyszliśmy z lokalu, on od razu przyciągnął mnie do siebie i pocałował w ucho. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Szliśmy przytuleni, a nocna mgła otulała nas jak nowonarodzone dzieci.
No i w tym momencie musiał to popsuć. On tak zawsze robił. Nie pierwszy raz już mu się tak zdarzało. Boże, czemu ten słodziak miał drugą naturę agresora?
- Cofnij się.
- Co? Będę cię miał tu i teraz. – uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby i przejechał palcem po dole mojej sukienki.
- Cofnij się.
- Ciekawy jestem, co zrobisz. – ścisnął moje nadgarstki i mocniej przycisnął je do ściany. Syknęłam z bólu.
- Ha, koteczku, dzisiaj ja mam szpilki.
Podniosłam nogę i wymierzyłam jeden celny cios w samo krocze. Chłopak zwinął się z bólu, a ja popchnęłam go do tyłu. Upadł głową na krawężnik, a gdy po chodniku polała się krew, wystraszyłam się. Uklękłam obok niego. Przechyliłam twarz w moją stronę. Myślałam, że stracił przytomność, ale nie. On odepchnął mnie z całej siły, a ja poleciałam do tyłu. Wstał. Myślałam, że jest to mój koniec, lecz wtedy zebrałam się w sobie i odepchnęłam go nogami. Przeleciał parę metrów, a potem wpadł pod nadjeżdżający samochód.
***
- Może pani z nim porozmawiać, ale nieważne co powie, pani działała w obronie koniecznej.
- Dobrze, dziękuję bardzo.
Odwróciłam się i podeszłam do przeszklonych drzwi. Westchnęłam ciężko i je popchnęłam. Louis leżał pod oknem. Na mój widok nieco się ożywił.
- To cud, że przeleciałem przez ten samochód.
- Wiesz, co jest cudem? To, że wtedy tam z tobą byłam. Powinnam to zrobić już dawno temu. Louisie, nie chcę z tobą być. To jest zbyt niebezpieczne. Ja nie chcę… Nie chcę, żebyś mnie wykorzystywał.
- Colette, usiądź. Proszę. – wskazał palcem stołek. Usiadłam. – Leżę tu już 3 dzień. Jak wiesz, dużo czasu tutaj mam. Przemyślałem wszystko. Przemyślałem to, że nie zachowywałem się dla ciebie odpowiednio. To, że mogłem cię stracić każdego dnia. To, że mogłem cię stracić po każdym… Gwałcie. Tak, gwałciłem cię. Tak, biłem cię. Tak, byłem najgorszy. Obiecuję, że się zmienię. Wiem, że nigdy tego nie robiłem. Nie widziałem potrzeby. Ale mój świat bez ciebie byłby szary. Ile musiało się wydarzyć, żebym mógł to dostrzec. I nie zdziwię się, jeśli odejdziesz i nie będziesz chciała mnie znać. Colette, ja cię kocham jak nikt inny na świecie nie mógłby, tyle wiedz.
Jego oczy zaszły łzami. Odwrócił głowę w drugą stronę. Widziałam, że jest mu ciężko.
Wstałam i wzięłam moją torbę. Pogłaskałam go po dłoni i podziękowałam za wszystkie miłe chwile. Popchnęłam przeszklone drzwi i dając znak policjantowi, zeszłam na dół i wychodząc ze szpitala odetchnęłam z ulgą. Zaczęłam cieszyć się nowym życiem bez Louisa i bez strachu o jutro. – Tak powinnam zrobić.
A co zrobiłam? Objęłam go za szyję i obiecałam, że jeśli on się zmieni, to ja go nie opuszczę. Tydzień próby, brzmi obiecująco? A jakże. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie, ale po iskierkach szczęścia w jego oczach byłam prawie pewna, że nie będzie to nic nieprzyjemnego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz