DLA ASII :D Bo tylko ona wie, kto się kryje pod postacią Lou :'D No dobra, nie tylko ona... xd
Szłam korytarzem uczelni z podręcznikami w ręku. Byłam już prawie spóźniona na zajęcia z prof. Shane'm a on strasznie nie lubi gdy ktokolwiek się spóźnia. Dlatego przepychałam się teraz przez ludzi by dotrzeć do odpowiednich drzwi. Przez ten cholerny korek właśnie miażdżyłam kolejnej pannie szpilki. Szczerze? Dobrze im tak. Jak spod ziemi wyrósł mi jakiś chłopak. Wpadł mi w książki, a wszystkie poleciały w różnych kierunkach. Mruknęłam pod nosem "Przepraszam" i bardzo zła zaczęłam zbierać podręczniki z podłogi. Zauważyłam, że ten gość mi pomaga. Podnieśliśmy się w tym samym momencie. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały. Takiego pięknego odcienia niebieskiego nigdy później nie spotkałam.
- To ja przepraszam. Wyszedłem jak zza grobu. - uśmiechnął się do mnie. Ale ja nie byłam w nastroju na flirt i z życzeniem miłego dnia oddaliłam się z miejsca wypadku.
Następnego dnia wybrałam się z domu trochę wcześniej, bo od rana w radiu trabili o zakorkowanym Londynie. Siedziałam samotnie na korytarzu i piłam kawę, którą kupiłam sobie w automacie. Śpiąca byłam niesamowicie. W nocy nie mogłam zasnąć. Gdy tylko przymykałam oczy widziałam ten głęboki niebieski. W końcu usnęłam, ale moje sny były błękitne. Cały świat był pokryty tym pięknym kolorem. A w nim ja. Z nim. Razem. Na zawsze.
Nie zauważyłam kiedy przymknęłam oczy i ktoś dosiadł się obok mnie. Leniwie podniosłam jedną powiekę, by zobaczyć kto przeszkodził mi w moich marzeniach. To był on. Wcześniej byłam zbyt pochłonięta by zobaczyć inne szczegóły z jego wyglądu, ale teraz byłam pewna, że był naprawdę przystojny. Krótkie, proste włosy odstawały w wszystkich kierunkach, lekki zarost dodawał mu uroku. Jak w kamieniu rzeźbione kości policzkowe. Pod koszulka w paski rysowały się twarde mięśnie. Miałam tak wielką ochotę by zdjął ten niepotrzebny kawałek materiału i żebym mogła przytulić się do jego nagiego torsu. Chłopak odwrócił się w moją stronę. Ja gwałtownie szarpnęłam głową w kierunku przeciwnym.
- Wystraszyłem Cię wczoraj? Przepraszam, byłem pochłonięty myślami...
- O czym myślałeś? – spojrzałam się na niego. Na twarzy wykwitł mu łobuzerski uśmiech. Przeczesał ręką włosy. Podparł się na łokciach i patrzył na najbliższą ścianę.
- Dziewczyna mnie zostawiła.
- Przykro mi.
- Nie ma czego. Nie chciała ze mną być, niech idzie w diabły.
- Na którym jesteś roku?
- Czwarty. A ty… Pierwszy?
- Skąd wiedziałeś?
- Takie rzeczy się wie. – uśmiechnął się jakby sam do siebie.
- Intrygujesz mnie.
- Jak masz na imię?
- Martha, a ty?
- Louis. Czy właścicielka tak ślicznego imienia chciałaby pójść z zwykłym zjadaczem marchewek na kawę?
- Powiedz kiedy.
- Dzisiaj wieczorem? Pasuje ci?
- Tak. - odgarnęłam włosy za ucho. Zauważyłam, że ludzie już powoli zaczynali schodzić się na zajęcia. Louis zobaczył swoich kumpli i szybko się pożegnał. Zanim odszedł, wziął ode mnie numer. Zapisałam go na jego ręce. Oddalił się pośpiesznie. Lekko się ociągając wstałam z ławki i ruszyłam w kierunku moich koleżanek.
***
- Co? Masz numer do chłopaka z piątego roku?
- Tak. - uśmiechnęłam się pod nosem.
- Powiedz mi że do Louisa a się zabije. Pół naszego roku chce mieć ten telefon!
- Otworzyć okno czy przynieść pistolet?
Sarah oparła się o ścianę i zaczęła odgrywać atak serca. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam te głębokie, niebieskie oczy. Dziewczyny patrzyły się jak zaczarowane.
- Masz czas? - szepnął mi na ucho.
- Mam dużo czasu. - odszepnęłam.
Szybko pożegnałam się z dziewczynami i poszłam za Louisem. Koleś złapał mnie za rękę i szliśmy ramię w ramię. Zaczął opowiadać o swojej rodzinie, przyjaciołach. Po 20 minutach czułam się jakbym znała go od wieków. Ale on nie wiedział o mnie nic kiedy zapraszał mnie do swojego mieszkania. Zgodziłam się. Tak świetnie nam się gadało, że zostałam na noc. Zasnęłam wtulona w jego tors.
Gdy się obudziłam, zegar wskazywał siódmą. Spojrzałam się w górę. On delikatnie oddychał, a podczas snu wyglądał jak anioł. Przymknęłam oczy z marzeniem żeby ta chwila trwała wiecznie. Nagle poczułam czyjąś rękę na moich włosach. Dłoń wędrowała po moich kosmykach, aż w końcu dotarła do szyi. Poczułam opuszki na karku i miłe łaskotki. W końcu pochylił się w moją stronę i szepnął mi na ucho "Pora wstawać, Martha". Chciałabym się tak codziennie budzić. Wstałam i podreptałam za Lou do kuchni, gdzie ten robił dla nas śniadanie. Może i nie było jakoś specjalnie wyborne, ale ważne, że od serca.
Parą byliśmy już jakieś pół roku. Cała uczelnia o nas wiedziała, a to za sprawą paru niewyparzonych mord moich koleżanek i jego kumpli. Usłyszałam cichutkie pukanie do drzwi. Otworzyłam, a tam stał Louis. Miła, niezapowiedziana wizyta. Wpuściłam chłopaka do środka i kazałam mu usiąść na kanapie, kiedy ja robiłam dla nas herbatę. Nastawiłam czajnik i poczułam czyjeś wielkie dłonie na swoich biodrach.
- Kochanie, ja już nie wytrzymuję. Proszę, pozwól mi. Będę delikatny. - całował mnie za uchem. - Będę się z tobą obchodził jak z francuskim pieskiem.
Odwróciłam się. Spojrzałam się w jego duże, niebieskie oczy. Czemu nie? Kochałam go nad życie, powoli zaczynaliśmy rozmyślać nad naszą przyszłością. Wiedziałam, że chce uczyć w szkole. Mówił, że czuje do tego powołanie. Po skończeniu studiów miał już upatrzoną posadę. Z rozmyślań wyrwał mnie jego namiętny pocałunek. Odkleił się od moich warg i szepcąc w moje usta, zapytał się:
- Pozwolisz?
- Tak. - objęłam go w pasie. Jego oczy zaświeciły się. Za chwilę nie mieliśmy już koszulek. Stałam w staniku i spodniach. Zmierzył mnie wzrokiem i mruknął z zadowoleniem. Zarzuciłam mu ręce na szyję i poczułam, że nie mam już spodni. Sprytny jest. Podniosłam nogi, a on wyjął je z nogawek. W taki sam sposób straciłam majtki. Jednym ruchem ściągnęłam mu spodnie i bokserki. Wtedy on obrócił mnie i rozpiął mój stanik. Złapał mnie w talii i podniósł na wysokość blatu. Posadził mnie na płaskiej powierzchni, a ja rozłożyłam nogi. Ujął moją twarz w dłonie i namiętnie pocałował.
- Jesteś tego pewna?
- Tak.
Wbił się we mnie, a ja zawyłam z bólu. Szepnął, że to normalne przy przebijaniu błony, a moje piski chyba go tylko podniecały, bo poruszał biodrami coraz szybciej. Dochodziłam, a on podparł mi plecy, żebym nie zaryła w szafkę. Mocnym pocałunkiem powstrzymałam jego krzyk rozkoszy. Czajnik zaczął wydawać z siebie syk, który miał oznaczać, że woda się zagotowała. Jednak i tak jej temperatura była niższa od naszej.
Gdy wyjeżdżał, obiecywał mi, że będzie dzwonił i pisał. Że będzie o mnie pamiętał. Coś chyba poszło nie tak. Nie odzywał się od miesiąca. Bałam się, że coś mu się stało, ale od chłopaków dowiedziałam się, że Lou ma się dobrze i w Teignmouth wyrywa kolejne panny. Zawiodłam się. Ale musiałam być silna. Dla tego dziecka, które miało się niedługo urodzić.
Śmierć maluszka bardzo przeżyłam. Niewydolność oddechowa, słabo rozwinięte płuca. Moja mama też chodziła smutna. Ale dałyśmy radę. Skończyłam studia i wyjechałam do Teignmouth w poszukiwaniu posady. Miałam nadzieję, że będę pracować razem z Lou. Chciałam. Mocno. Chciałam mu powiedzieć co o nim myślę. Chciałam mu powiedzieć co przeżyłam, gdy Louise zmarła. Chciałam mu wykrzyczeć w twarz, że jest szmatą. Z takim przekonaniem wsiadłam do pociągu. Pomachałam mamie na pożegnanie. Nie potraktuję jej tak jak Lou mnie. O nie.
Przez pierwsze dwa tygodnie byłam zajęta poszukiwaniem pracy. W końcu dostałam etat. W liceum.
Weszłam do budynku. Skręciłam w kierunku pokoju nauczycielskiego. Otworzyłam drzwi i wpadłam na mojego byłego. Upuścił teczkę i wszystko wysypało się na podłogę. Pomogłam mu zbierać, a w ślad za mną poszło paru uczniów. Louis spojrzał się na mnie jak na ducha i szybkim krokiem się oddalił. Przywitałam się z moimi współpracownikami. Opowiedzieli mi co nieco o Lou. Dowiedziałam się, że jest raczej zamknięty w sobie i zaprzyjaźnił się bliżej tylko z facetem od historii. Ten za to powiedział mi, że mój były zostawił w Londynie jakaś kobietę i strasznie za nią tęskni. Na dodatek ona nie odpowiada na jego listy i telefony.
Minął już tydzień od kiedy tu pracowałam. Sprytnie mijaliśmy się z Lou na korytarzach, a pół szkoły zastanawiało się co się między nami dzieje. Siedziałam na śniadaniowej w sali, gdy wszedł on. Rzucił mi kartkę na biurko i wyszedł z klasy. Wyprosiłam uczniów z pomieszczenia. Nie wiedziałam co mógł tam napisać i nie chciałam żeby widzieli mnie złą czy wzruszona. Rozłożyłam karteczkę. Nabazgrał na niej swój numer i poprosił o spotkanie dzisiaj o 19 w porcie. Wyjęłam telefon i wstukałam numer w klawiaturę. Wysłałam smsa, że chętnie się z nim spotkam.
Patrzyłam się w zachodzące słońce, gdy nagle poczułam, że ktoś dosiadł się obok mnie. Spojrzałam się w prawo. To był on. Moje marzenie. Mój sen.
- Czemu się nie odzywałeś?
- To ty nie odbierałaś telefonów.
- Ja?! To od ciebie przez miesiąc nie było znaku życia!
Zaczęliśmy się kłócić. Okazało się, że tuż po przyjeździe Lou tutaj ukradli mu telefon, a gdy kupił sobie nowy... Ja zmieniłam numer bo myślałam, że mnie zdradza, co nie było prawdą. Powiedziałam mu o mojej ciąży. Przytulił mnie. Siedzieliśmy w milczeniu przez 10 minut, kiedy nagle Louis wyjął z tylnej kieszeni spodni pudełko. Otworzył je, a moim oczom ukazał się pierścionek.
- Uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz panią Tomlinson? Nie chcę cię znowu stracić...
Pocałowałam go w usta. Resztę dokończyliśmy już w jego domu.
Dzisiaj jesteśmy już po ślubie i oczekujemy dziecka. Dopiero początek ciąży... 2 miesiąc.... Ale i tak jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi. I mimo to, że moja mama paliła wszystkie listy od Lou i wszystkich innych przeciwności, będziemy razem do końca świata i 7 dni dłużej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz