środa, 27 marca 2013

★11 Harry

WIEM, ŻE MACIE DOŚĆ :D
Wstałam, ubrałam się i zrobiłam sobie budyń. Lubię budyń. Dzisiaj miałam pojechać do galerii z moją jedyną koleżanką. Reszta nie wiedziała zbyt wiele o mnie. W zasadzie ta też wszystkiego nie wiedziała… Ale mniejsza. Nie mogłam się do niej dodzwonić. I znowu skończyło się tak samo. Siedziałam samotnie zwinięta w kłębek, a przede mną leżał laptop z otwartym fejsem. Zawsze się tak kończyło. Za mną grało radio. Moja ulubiona płyta mojego ulubionego zespołu. I znowu nie miałam do kogo zadzwonić i z kim pogadać. Wszyscy mają mnie w dupie. Taka prawda. Jestem typowym no-lifem. Czemu? Do dziś sobie zadaję to pytanie. Może dlatego, że wcześniej nie miałam nikogo. Śmieli się ze mnie. Dokuczali. Wytykali palcami. Dopiero idąc do gimnazjum poznałam prawdziwy świat. Zobaczyłam, że da się inaczej żyć niż w kąciku z książką. Kolejną. Nie ostatnią. Ludzie dziwią mi się. No bo wystarczy podejść do grupki, zagadać… To nie jest takie proste. Powiesz coś źle, ktoś nie zrozumie twoich motywacji, nie będziesz mógł znaleźć wspólnego języka (co u mnie trafia się nader często) i kaput. Wszystkie twoje nadzieje na normalne, pełne radości i przyjaciół życie szlag trafił. Piorun. No i nie da się ich reanimować.
Mama kazała mi pójść do sklepu po jakieś słodycze. Idzie do lekarza z moją młodszą siostrą. Z troszkę opuchniętymi oczami wylazłam z domu. W drodze (która trwała jakieś… 2 minuty) jedna myśl tłukła mi się po głowie: ‘No-life wyszedł na dwór. Czemu się jeszcze nie palisz od nadmiaru świeżego powietrza?’. Weszłam, kupiłam te ptasie mleczko, dwa kartony soku i gazetę. Jak mam siedzieć w domu, to może raz zamiast fejsa poczytam jakieś ‘njusy’ ze świata gwiazd. A pies je drapał. Po drodze do domu spotkałam się z mamą. Dałam jej opakowanie, a ona mi klucze. Wczołgałam się po schodach na pierwsze piętro. Zobaczyłam jakiegoś chłopaka dzwoniącego do moich drzwi.
- Hej, hej. Co się stało?
- Przepraszam. Ty tu mieszkasz?
- Tak… Ale co się stało?
- Naprzeciwko mieszka moja babcia…
- Nie widziałam cię tu nigdy.
- Nie za bardzo mam czas. Zazwyczaj przyjeżdża po babcię moja mama i zabiera ją do nas. Ale nieważne. Babcia choruje – przypomniałam sobie jej kazania na temat chorób i lekarzy – i teraz nie odbiera telefonu, ani nie odbiera drzwi. Jak dzwoniłem na pogotowie, to kazali poczekać, no bo może staruszka wyszła do sklepu i zapomniała telefonu! To do niej niepodobne!
- Taak. I co…?
- Pomóż wyważyć drzwi.
- Nie masz kluczy?
- Zapomniałem.
- Ach. No to kurczaki. – otworzyłam drzwi do mojego mieszkania i obiecałam chłopakowi, że zaraz pójdę po skrzynkę z narzędziami. Tak szczerze, jaką miałam gwarancję, że nie kłamie? Nie wiem do dzisiaj.
- Dobra, a teraz pokaż telefon.
- Po co?
- Daj, albo nie dostaniesz ani jednego śrubokręta – schowałam skrzynkę za sobą.
Wyjął telefon z lekkim jękiem z tylnej kieszeni. Dał mi go. Ja mu dałam narzędzia. Jakby wiedział co robi, złapał śrubokręt i zaczął odkręcać śrubki z zamka. Ja w tym czasie sprawdziłam jego numery. Numer jego domniemanej babci zgadzał się z moim numer do pani Redwords. No czyli jeśli był bandytą, to się postarał.
Wszedł do domu. Zaczął nawoływać starszą panią. Gdy weszliśmy oboje, zobaczyłam, że klęczy obok jakiegoś kształtu, który leżał na kanapie. Była to moja sąsiadka. Tyle, że chyba nie oddychała. Natychmiast zadzwoniliśmy po karetkę. Przyjechali. Okazało się, że było za późno. Chłopak położył zapłakaną twarz na moim ramieniu, a ja go przytuliłam. Staliśmy tak w bezruchu.
- Ciiii, kochanie, ciii. Będzie dobrze.
Załatwił wszystkie ‘formalności’ z ratownikami (oni zadzwonili do jego rodziców).
- Ej. Twoi rodzice chyba szybko nie przyjadą. Chodź do mnie, zaparzę ci herbaty. Jak masz na imię?
- Harry.
- Chodź, Harry.
Zaprosiłam go do mojego domu. Wiedziałam, że jest mu ciężko. Mówił, że z babcią był w bardzo dobrych stosunkach, a odwiedzał ją tylko kiedy mógł, bo śpiewał w jakimś zespole. Nagle dostrzegł kolekcję płyt na mojej szafce.
- Wow. Tego słuchasz? – wstał z łóżka i podszedł do mojej chluby.
- Tak. Chcesz, mam jedną w odtwarzaczu – wskazałam palcem na zapauzowany odbiornik, który stał na moim parapecie.
- Jasne.
Słuchaliśmy pierwszej piosenki w kółko. W końcu przeszliśmy do drugiej, trzeciej… Gdy nagranie się skończyło, nie ruszyliśmy się z miejsca. Zaczęłam cichutko śpiewać ‘jego’ piosenkę. Nagle spostrzegłam, że chłopak usnął opierając się na mojej klatce piersiowej. Odsunęłam się trochę, ułożyłam go i przykryłam kocem. Wtedy wzięłam jego telefon, znalazłam numer do jego mamy i wytłumaczyłam jej, gdzie jest jej syn. Powiedziała, że na razie nie może po niego przyjechać i lepiej, żeby on teraz sam nie jechał. Poprosiła mnie, żebym go trochę potrzymała.
Oparłam się o biurko i patrzyłam się, jak Harry lekko oddycha. Jaki on był śliczny.
***
Z Harry’m zaprzyjaźniliśmy się. Pomogłam mu wyjść z tego dołka, a on pomógł mi zaaklimatyzować się w świecie. Któregoś dnia, gdy jak zwykle siedzieliśmy u niego i słuchaliśmy w kółko, teraz nie ‘jego’ a ‘naszej’ piosenki usłyszeliśmy dźwięk przekręcanego zamka.
- Niaaaall! Wiem, że to ty, mały podstępny gnomie!
- Możliwe. – Zayn i Niall odezwali się jednocześnie.
- Jeśli nie zrobisz tego, co planujesz od dobrych… Hmmm… Pomyślmy… 9 miesięcy, to będzie siedzieć tam oboje! – Louis też tam był.
- Mam jedno pytanie – WTF?! – nie miałam pojęcia, co się dzieje dookoła mnie.
- Jamie. No nie mam wyboru, uciekałem, chowałem się. Kurczę, jesteś dla mnie tak wyjątkowa, że te słowa ledwo przechodzą mi przez gardło. Kocham cię.
- Uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu! – za drzwiami rozległy się oklaski i dzikie popiskiwanie chłopaków.
- Harry. Nie mogłeś tego lepiej ująć – zarzuciłam chłopakowi ręce na szyję i pocałowałam go w usta.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz