WIEM, ŻE MACIE DOŚĆ :D
Wstałam,
ubrałam się i zrobiłam sobie budyń. Lubię budyń. Dzisiaj miałam pojechać do
galerii z moją jedyną koleżanką. Reszta nie wiedziała zbyt wiele o mnie. W
zasadzie ta też wszystkiego nie wiedziała… Ale mniejsza. Nie mogłam się do niej
dodzwonić. I znowu skończyło się tak samo. Siedziałam samotnie zwinięta w
kłębek, a przede mną leżał laptop z otwartym fejsem. Zawsze się tak kończyło.
Za mną grało radio. Moja ulubiona płyta mojego ulubionego zespołu. I znowu nie
miałam do kogo zadzwonić i z kim pogadać. Wszyscy mają mnie w dupie. Taka
prawda. Jestem typowym no-lifem. Czemu? Do dziś sobie zadaję to pytanie. Może
dlatego, że wcześniej nie miałam nikogo. Śmieli się ze mnie. Dokuczali.
Wytykali palcami. Dopiero idąc do gimnazjum poznałam prawdziwy świat. Zobaczyłam,
że da się inaczej żyć niż w kąciku z książką. Kolejną. Nie ostatnią. Ludzie
dziwią mi się. No bo wystarczy podejść do grupki, zagadać… To nie jest takie
proste. Powiesz coś źle, ktoś nie zrozumie twoich motywacji, nie będziesz mógł
znaleźć wspólnego języka (co u mnie trafia się nader często) i kaput. Wszystkie
twoje nadzieje na normalne, pełne radości i przyjaciół życie szlag trafił.
Piorun. No i nie da się ich reanimować.
Mama kazała mi pójść do sklepu po jakieś słodycze. Idzie do lekarza z moją młodszą
siostrą. Z troszkę opuchniętymi oczami wylazłam z domu. W drodze (która trwała
jakieś… 2 minuty) jedna myśl tłukła mi się po głowie: ‘No-life wyszedł na dwór.
Czemu się jeszcze nie palisz od nadmiaru świeżego powietrza?’. Weszłam, kupiłam
te ptasie mleczko, dwa kartony soku i gazetę. Jak mam siedzieć w domu, to może
raz zamiast fejsa poczytam jakieś ‘njusy’ ze świata gwiazd. A pies je drapał.
Po drodze do domu spotkałam się z mamą. Dałam jej opakowanie, a ona mi klucze.
Wczołgałam się po schodach na pierwsze piętro. Zobaczyłam jakiegoś chłopaka
dzwoniącego do moich drzwi.
- Hej, hej. Co się stało?
- Przepraszam. Ty tu mieszkasz?
- Tak… Ale co się stało?
- Naprzeciwko mieszka moja babcia…
- Nie widziałam cię tu nigdy.
- Nie za bardzo mam czas. Zazwyczaj przyjeżdża po babcię moja mama i zabiera ją
do nas. Ale nieważne. Babcia choruje – przypomniałam sobie jej kazania na temat
chorób i lekarzy – i teraz nie odbiera telefonu, ani nie odbiera drzwi. Jak
dzwoniłem na pogotowie, to kazali poczekać, no bo może staruszka wyszła do
sklepu i zapomniała telefonu! To do niej niepodobne!
- Taak. I co…?
- Pomóż wyważyć drzwi.
- Nie masz kluczy?
- Zapomniałem.
- Ach. No to kurczaki. – otworzyłam drzwi do mojego mieszkania i obiecałam
chłopakowi, że zaraz pójdę po skrzynkę z narzędziami. Tak szczerze, jaką miałam
gwarancję, że nie kłamie? Nie wiem do dzisiaj.
- Dobra, a teraz pokaż telefon.
- Po co?
- Daj, albo nie dostaniesz ani jednego śrubokręta – schowałam skrzynkę za sobą.
Wyjął telefon z lekkim jękiem z tylnej kieszeni. Dał mi go. Ja mu dałam
narzędzia. Jakby wiedział co robi, złapał śrubokręt i zaczął odkręcać śrubki z
zamka. Ja w tym czasie sprawdziłam jego numery. Numer jego domniemanej babci
zgadzał się z moim numer do pani Redwords. No czyli jeśli był bandytą, to się
postarał.
Wszedł do domu. Zaczął nawoływać starszą panią. Gdy weszliśmy oboje,
zobaczyłam, że klęczy obok jakiegoś kształtu, który leżał na kanapie. Była to
moja sąsiadka. Tyle, że chyba nie oddychała. Natychmiast zadzwoniliśmy po
karetkę. Przyjechali. Okazało się, że było za późno. Chłopak położył zapłakaną
twarz na moim ramieniu, a ja go przytuliłam. Staliśmy tak w bezruchu.
- Ciiii, kochanie, ciii. Będzie dobrze.
Załatwił wszystkie ‘formalności’ z ratownikami (oni zadzwonili do jego rodziców).
- Ej. Twoi rodzice chyba szybko nie przyjadą. Chodź do mnie, zaparzę ci
herbaty. Jak masz na imię?
- Harry.
- Chodź, Harry.
Zaprosiłam go do mojego domu. Wiedziałam, że jest mu ciężko. Mówił, że z babcią
był w bardzo dobrych stosunkach, a odwiedzał ją tylko kiedy mógł, bo śpiewał w
jakimś zespole. Nagle dostrzegł kolekcję płyt na mojej szafce.
- Wow. Tego słuchasz? – wstał z łóżka i podszedł do mojej chluby.
- Tak. Chcesz, mam jedną w odtwarzaczu – wskazałam palcem na zapauzowany
odbiornik, który stał na moim parapecie.
- Jasne.
Słuchaliśmy pierwszej piosenki w kółko. W końcu przeszliśmy do drugiej,
trzeciej… Gdy nagranie się skończyło, nie ruszyliśmy się z miejsca. Zaczęłam
cichutko śpiewać ‘jego’ piosenkę. Nagle spostrzegłam, że chłopak usnął opierając
się na mojej klatce piersiowej. Odsunęłam się trochę, ułożyłam go i przykryłam
kocem. Wtedy wzięłam jego telefon, znalazłam numer do jego mamy i wytłumaczyłam
jej, gdzie jest jej syn. Powiedziała, że na razie nie może po niego przyjechać
i lepiej, żeby on teraz sam nie jechał. Poprosiła mnie, żebym go trochę
potrzymała.
Oparłam się o biurko i patrzyłam się, jak Harry lekko oddycha. Jaki on był
śliczny.
***
Z Harry’m zaprzyjaźniliśmy się. Pomogłam mu wyjść z tego dołka, a on pomógł mi
zaaklimatyzować się w świecie. Któregoś dnia, gdy jak zwykle siedzieliśmy u
niego i słuchaliśmy w kółko, teraz nie ‘jego’ a ‘naszej’ piosenki usłyszeliśmy
dźwięk przekręcanego zamka.
- Niaaaall! Wiem, że to ty, mały podstępny gnomie!
- Możliwe. – Zayn i Niall odezwali się jednocześnie.
- Jeśli nie zrobisz tego, co planujesz od dobrych… Hmmm… Pomyślmy… 9 miesięcy,
to będzie siedzieć tam oboje! – Louis też tam był.
- Mam jedno pytanie – WTF?! – nie miałam pojęcia, co się dzieje dookoła mnie.
- Jamie. No nie mam wyboru, uciekałem, chowałem się. Kurczę, jesteś dla mnie
tak wyjątkowa, że te słowa ledwo przechodzą mi przez gardło. Kocham cię.
- Uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu! – za drzwiami rozległy się oklaski i dzikie
popiskiwanie chłopaków.
- Harry. Nie mogłeś tego lepiej ująć – zarzuciłam chłopakowi ręce na szyję i
pocałowałam go w usta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz