środa, 27 marca 2013

★2 Harry

Tak! Harry i Dawn xd

Czekałam na ten koncert parę ładnych lat. No może nie szczególnie na ten, ale ogólnie na koncert mojego ulubionego zespołu. Założyłam białą koszulkę z nadrukiem i jeansy. Zadzwoniłam po mojego najlepszego kumpla, który miał prowadzić. Oboje mieliśmy taką podnietę, jakbyśmy jechali do królowej. Wsiadłam do małego auta mojego przyjaciela. Zaczęliśmy śpiewać piosenki z najnowszej płyty. Zawsze rozumieliśmy się bez słów, nie pamiętam żadnej kłótni jaka byłaby między nami.  Byliśmy także zapalonymi fanami jednego zespołu. No i właśnie jechaliśmy na ich koncert. Jakby nie patrząc, parę dobrych lat próbujemy zdobyć bilety. Ale nareszcie! Dzisiejszy wieczór jest nasz!
Mieliśmy miejscówki na trybunach. Chciałam na płycie, ale ze względu na to, że te najszybciej poszły, to nie mogliśmy ich załatwić. A szkoda! Zajęliśmy nasze miejsca i w spokoju czekaliśmy na początek koncertu. Chłopak siedzący obok mnie wyjął butelkę z sokiem porzeczkowym i odkręcił butelkę. Nagle ręka dziwnie mu się wykrzywiła, a zawartość butelki poleciała na mnie. Miałam całą białą koszulkę w czerwonym napoju! Na MOIM wieczorze! Nie, zabiję gościa…
- Jejciu, przepraszam cię bardzo, nie wiem, co się stało… - wyminęłam faceta i sycząc do kumpla, że idę się ogarnąć wyszłam z trybun. Weszłam w długi korytarz, na którego końcu była toaleta. Weszłam do niej. Złapałam ręcznik papierowy, który zmoczyłam wodą i próbowałam choć trochę zetrzeć plamę. Nagle usłyszałam, ze ktoś uchyla drzwi. Zobaczyłam w nich jakąś dziewczynę.
- Hej, jestem Cindy. Mój kumpel cię oblał i chciał, żebyś założyła to. – podała mi marynarkę. – Może to trochę zamaskuje plamę?
- Dziękuję… - z karpiem na twarzy złapałam za ciuch i założyłam go. Nie dość, że pasował idealnie, to jeszcze ukrywał plamę.  Wyszłam z nowym ciuchem. Rozejrzałam się w poszukiwaniu mojego winowajcy. Stał pod ścianą i patrzył w kierunku drzwi do damskiej łazienki. Gdy zobaczył Cindy i mnie wychodzące z pomieszczenia, od razu do nas podbiegł.
- Cześć, jestem Harry. Przepraszam, że cię oblałem, jestem nieostrożny…
- Nie szkodzi. Jestem Dawn. Dzięki za marynarkę. Oddam ci ją po wszystkim, ok?
- Okej. – obdarzył mnie ślicznym uśmiechem.
Przez następne 3 godziny nic specjalnego się nie wydarzyło. No może oprócz tego, że ten  chłopak cały czas we mnie wlepiał swoje paczydełka. I tego, że mój kumpel cały czas patrzył się na mnie tak, jakbym zabiła mu matkę. Cóż, zdarza się.
Chłopaki zeszli ze sceny, my zaczęliśmy się zbierać. Zdjęłam tą marynarkę i oddałam ją Harry’emu. On poprosił mnie o numer, jako że chciał mi wynagrodzić tą plamę i ten wieczór. Szybko podyktowałam mu odpowiednie cyferki. Miałam nadzieję, że zadzwoni. Intrygował mnie.
Przez następne 3 dni nastała cisza. Uspokoiliśmy się po naszym wyczekanym koncercie i czekałam na telefon od sieroty Bożej. Jechałam tego dnia autobusem. Stałam z słuchawkami w uszach i tak naprawdę nie ogarniałam, co dzieje się dookoła mnie. Słyszałam miarowe uderzenia w bębny, gdy nagle doszedł mnie znajomy głos…
- Patrzcie, tam stoi pierwsza dziewczyna, która oparła się mojemu urokowi.
Podniosłam głowę i zobaczyłam Harry’ego przeciskającego się przez tłum. W tyle zostawił dwóch kumpli.
- Hej, czemu nie odbierasz ode mnie telefonów?
- Jakbyś zadzwonił, to bym odebrała…
- Dzwoni. 10 razy dziennie. Nie może przestać o tobie nawijać. Louis jestem.
- Dawn. Miło mi.
- To co się stało…?
- Pokaż mi telefon.
Sprawdziłam swój numer w jego skrzynce. Zamiast 96 napisał 69! Ach, ci faceci… Poprawiłam błąd i oddałam telefon właścicielowi.
- No to jak… Ja, ty, kawiarnia?
- A twoi kumple?
- Oddalą się w spokoju. (Lou)
I tak oto trafiłam do kawiarni z Harry’m. Już po półgodzinie gadaliśmy jak starzy, dobrzy przyjaciele. Nagle dostrzegłam, że robią chłopakowi zdjęcia. Kurczę, ani chwili spokoju?! W tamtym momencie chłopak przyciągnął mnie do siebie i pocałowaliśmy się przez stolik. Czułam, jak kawa dymi mi w szyję, ale to było przyjemne.
- Zauroczyłaś mnie, Dawn.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz