Mieszkałem z Beatrix już jakieś dwa lata. No nie planowaliśmy na razie ślubu czy czegokolwiek innego (ja ją stopowałem, wiedziałem, że chce mieć dzieci), ale to było coś poważnego. I byłem tego pewny także w tym dniu. Wszedłem do naszego mieszkania. Byłem jakieś półtora godziny wcześniej, udało mi się wyrwać z próby. Po drodze zaszedłem do sklepu i kupiłem produkty niezbędne do zrobienia makaronu z truskawkami i śmietaną. Uwielbiam to! Przekręciłem klucz w zamku. Popchnąłem drzwi i wszedłem do środka. W domu panowała cisza, co było podejrzane, bo Bex skończyła pracę jakieś 2 godziny temu. No kurczaki. Pewnie znowu gdzieś wyszła z przyjaciółką. A już miałem nadzieję na romantyczny wieczór we dwoje. Dla pewności wszedłem do naszej sypialni. I przeżyłem szok. Moja dziewczyna bzykała się z jakimś gościem na naszym łóżku…! W pierwszym odruchu miałem ochotę go zabić. Ale jedyne co zrobiłem, to rzuciłam w niego truskawkami. Zaraz potem dołożyłem kubkiem śmietany. Przez sekundę patrzyłem na tego faceta upaćkanego owocami.
- Po rzeczy przyjdę jak skończycie – wysyczałem i wybiegłem z domu.
Nie miałem zbytnio pojęcia gdzie pójść. Chłopaki siedzieli gdzieś ze swoimi dziewczynami (co było oczywiste, mamy piątkowy wieczór!), a ja…? Nie miałem pojęcia co ze sobą poczynić. Usiadłem na ławce w pobliskim parku i wsuwałem truskawki z drugiego pudełka. Patrzyłem się tępo przed siebie. Jest piątek, lipiec… Co można ciekawego robić ze świadomością, że twoja (o mało co) narzeczona pieprzy się z jakimś facetem! On mi kogoś przypominał. To chyba brat jej przyjaciółki. Tak, to stąd go znam. Byłem wkurzony jak nigdy. Tak się nie robi! No ale trudno. Minęło pół godziny. Uznałem, że w tyle czasu powinni się wyrobić i poszedłem znowu do mieszkania. Zastałem płaczącą samotnie Beatrix. Po jej kochasiu nie było ani śladu. Wyminąłem ją bez słowa i zacząłem pakować moje rzeczy, a pod nosem mruczałem jakąś piosenkę. Do dzisiaj nie wiem, co to było. Złapałem za torbę i przerzucając ją przez ramię wyszedłem z tego mieszkania. Raz na zawsze.
Pierwsza myśl, która wpadła mi do głowy, to pojechać do Harry’ego i Louisa. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Słuchali, co dziś się wydarzyło, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Podnieśliśmy zdziwieni głowy. Złapałem komórkę i przeciągnąłem zieloną słuchawkę.
- Haloo?
- Liam z tej strony, słucham?
- Liam, tu Beatrix. Chciałam się… - rozłączyłem się. Ostatnią osobą, którą teraz chciałem widzieć, to moja była dziewczyna!
- Jak baba. – Louis zaczął jeździć sobie ręką po twarzy.
- To co niby zrobiłbyś na moim miejscu?
- Nie wiem. Ja na przykład poszedłbym do niej i wygarnął co o niej sądzę? Te! Jak moja była – napisz piosenkę!
- Harry, nie pomagasz.
Znowu rozległ się dźwięk dzwonka. Pierwszy raz przeszkadzał mi. Odebrałem znowu.
- Nie rozłączaj się! Liam, jestem w ciąży!
- Cooo? – chłopaki mieli niezłe miny. Ja swoją drogą też nie byłem gorszy.
- Tak! I to jest twoje dziecko!
- Jaką mam pewność? – Lou odetchnął. Myślał, że Bex prosi mnie o powrót i obiecuje, że nie będzie mnie zdradzać.
- Stuprocentową! Liam, to był tylko jednorazowy wybryk! Nigdy więcej! Błagam, wróć! Błagam!
- Zaraz będę.
Złapałem chłopaków za fraki i wygoniłem ich z domu. Sam nie byłbym w stanie przejść tych 4 czy 5 przecznic. Gdy staliśmy pod drzwiami jej mieszkania, miałem przeczucie, że świat mi się wali. Uchyliła niepewnie. Zza kawałka drewna wyjrzała ta mała, okrągła twarzyczka, którą tak bardzo kocham. Bo ja ją nadal kocham. I nieważne, co by mi zrobiła, kochałbym ją do końca życia i siedem dni dłużej. Taki jestem. Wpuściła nas do środka.
- Udowodnij. – nie byłem zbyt przyjaźnie nastawiony do świata.
- Proszę. – z tylnej kieszeni spodni wyjęła test ciążowy, a na nim widniały dwie kreski. Louis zakołysał się i wylądował na ścianie, a Harry mruknął tylko, że ma deja vu.
Odwróciłem się i złapałem Lou, który wyglądał, jakby podnosił nogę do kopnięcia w kalendarz.
- Bex, przynieś wodę. – posłusznie wykonała moją prośbę. – Dziękuję.
- Okej, okej. Ja się z Louisem przetransportuję na izbę przyjęć, a wy tu sobie pogadacie. – no tak. Szpital był po drugiej stronie ulicy. Minąłem dziewczynę i bez słowa usiadłem w kuchni.
- Słuchaj. Zajmę się tobą i dzieckiem. – oparła się o blat. W jej oczach dostrzegłem iskierki szczęścia. Złapałem za jej biodra i przyciągnąłem do siebie. Posadziłem ją na moim kolanie. – Tylko obiecaj… Nigdy więcej. Proszę.
- Jasne, kochanie. – wtuliła się w moją szyję. A ja chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie.
***
Wracałem z nią od moich rodziców. Mieszkali oni 20 kilometrów od Londynu. Jechaliśmy przez las. Nagle przed maskę wyskoczył mi jeleń. Nie zdążyłem wyhamować. Zwierzę rozbiło szybę, a ja wjechałem w pobliskie drzewo. Drzwiami od strony pasażera. Zobaczyłem tylko zakrwawioną Beatrix i nie wiedziałem, która krew jest jej, a która rogacza. Wysiadłem z auta. Zakręciło mi się w głowie, ale wyjąłem telefon i zadzwoniłem po służby. Trzymałem za rękę moją narzeczoną i patrzyłem na jej brzuch. Był ogromny, w końcu to już siódmy miesiąc. Odpiąłem ją i wyniosłem na trawę. Położyłem ją i starałem nic jej nie uszkodzić. Jeszcze tyle by mi brakowało, żeby zrobić coś jej albo naszemu dziecku!
- Niestety. Nie dało się uratować… Przykro mi. Jutro zrobimy zabieg, dzisiaj jestem zajęty.
Tego jednego zdania nie powinno być w moim życiu. Wszedłem na salę. To ja musiałem powiedzieć Beatrix, że nasze pierworodne zmarło. Ot tak. Jakby nie wiedziało, że dla rodziców jest prawie świętością. Urządziliśmy już pokój, mieliśmy przyszykowane zabawki i ciuchy. Bex nie mogła doczekać się porodu. A tu taki… Boże, czemu?
Płakała. Dużo. W nocy budziła się i szukała mnie. Pozwolili mi zostać na tą jedną noc na oddziale. Z rana zostało zrobione jeszcze jedno USG. Tym razem robiła je młoda lekarka, nie ten starszy facet co wczoraj.
- Ależ proszę pana! Dziecko rozwija się zdrowo, kto państwu takich bzdur naopowiadał?
I kolejne zdanie. Takie, które mógłbym nagrać i puszczać zamiast kołysanek. Nie. To nie działo się naprawdę! A jednak. Dwa miesiące później trzymałem na rękach moją własną córkę. Beatrix przyglądała nam się leżąc na łóżku, bo poród był męczący.
- Mogę? – uformowała ręce w kołyskę, a ja włożyłem w nie niemowlaka. Spojrzałem się w kierunku drzwi. Louis dostawał tam padaczki. Teraz na przykład płakał. Kiedy spojrzałem dziesięć sekund wcześniej, to pokazywał Harry’emu, jak się powinno trzymać dziecko. Ja z nimi kiedyś nie wyrobię.
Pocałowałem Beatrix w czoło.
- I nigdy nic nas nie rozłączy, obiecaj. – szepnęła.
- Nigdy przenigdy, nic nie ma prawa ani możliwości. Będę się wami zajmował po koniec świata i nawet wtedy, gdy zaatakują mnie łyżki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz