- Jakbyś się czuł, gdyby to nie Jack umierał, a Louis? No
jak? Czy też byś chciał słyszeć ‘Będzie dobrze’?
- Nie.
Patrzyłem na nią, gdy siedziała na obrotowym krześle i tępym wzrokiem wpatrywała się w okno.
- To nie mów mi tak. Zostaw mnie. Wiem, że teraz wolałbyś iść z kolegami do pubu. Zostaw mnie.
- Wiesz, że nie chciałbym. Nie chcę cię zostawiać. I nawet jeślibyś mnie teraz zwyzywała od tępych kretynów, zostanę. Bo wiem, że potrzebujesz mnie. I nic więcej nie chcę wiedzieć.
- Dziękuję, tępy kretynie.
***
Wpadłem na oddział. Widziałem Lexi, gdy rozmawiała z matką Jack’a. Odwróciła się od niej ze łzami w oczach. Gdy tylko mnie zobaczyła, podbiegła i rzuciła mi się na szyję.
- Co się stało? – szepnąłem jej do ucha, obawiając się najgorszego.
- Jutro mają mu odłączać aparaturę. – ścisnęła mocniej moją szyję. Poczułem, jak gorące łzy obijają się o moje plecy.
- Nie martw się – wtuliłem twarz w jej włosy. – Jemu tam będzie lepiej…
***
Ściskała mnie za kolano. Widziałem, że się boi. Położyła głowę na moim ramieniu. Śmierć była tak blisko, bo tuż za drzwiami. Wyszła doktor. Pokręciła głową na znak, że jej przykro. Czyli jednak nie udało się. Lexi zachłysnęła się łzami. Matka Jack’a utonęła w ramionach jego ojca. Dookoła nas świat się zatrzymał, tylko te dwie płaczące kobiety dawały do zrozumienia, że sekundy nieubłaganie płyną do przodu tak jak ich łzy.
Wybiegła ze szpitala nie oglądając się za siebie.
- Alex, stój!
- Czemu?! Nic mnie tu nie trzyma!
- A ja?!
Zatrzymała się. Odwróciła się powoli. Podeszła do mnie.
- Co ty? Ty też odejdziesz… Zaraz mnie zostawisz, jak każdą swoją byłą… I co? Nie ma to sensu…
- Nie zostawię cię.
- Jaką mam pewność?
- Świętą. Zostaniesz moją żoną?
- Genialny moment sobie wybrałeś. – prychnęła.
- Zostaniesz?
- Tak. Ale narzeczonymi oficjalnie będziemy po pogrzebie Jack’a. Nie chcę…
- Wiem. – przytuliłem ją do serca i pocałowałem po włosach. Staliśmy w bezruchu, gdy zaczął padać deszcz. To niebo opłakiwało naszego przyjaciela. Zaraz jednak wyszła tęcza… Odczytałem to jako znak, że Jack się cieszy, że w końcu się odważyłem. Tyle razy mnie namawiał. Tylko tyle mogłem teraz dla niego zrobić.
- Nie.
Patrzyłem na nią, gdy siedziała na obrotowym krześle i tępym wzrokiem wpatrywała się w okno.
- To nie mów mi tak. Zostaw mnie. Wiem, że teraz wolałbyś iść z kolegami do pubu. Zostaw mnie.
- Wiesz, że nie chciałbym. Nie chcę cię zostawiać. I nawet jeślibyś mnie teraz zwyzywała od tępych kretynów, zostanę. Bo wiem, że potrzebujesz mnie. I nic więcej nie chcę wiedzieć.
- Dziękuję, tępy kretynie.
***
Wpadłem na oddział. Widziałem Lexi, gdy rozmawiała z matką Jack’a. Odwróciła się od niej ze łzami w oczach. Gdy tylko mnie zobaczyła, podbiegła i rzuciła mi się na szyję.
- Co się stało? – szepnąłem jej do ucha, obawiając się najgorszego.
- Jutro mają mu odłączać aparaturę. – ścisnęła mocniej moją szyję. Poczułem, jak gorące łzy obijają się o moje plecy.
- Nie martw się – wtuliłem twarz w jej włosy. – Jemu tam będzie lepiej…
***
Ściskała mnie za kolano. Widziałem, że się boi. Położyła głowę na moim ramieniu. Śmierć była tak blisko, bo tuż za drzwiami. Wyszła doktor. Pokręciła głową na znak, że jej przykro. Czyli jednak nie udało się. Lexi zachłysnęła się łzami. Matka Jack’a utonęła w ramionach jego ojca. Dookoła nas świat się zatrzymał, tylko te dwie płaczące kobiety dawały do zrozumienia, że sekundy nieubłaganie płyną do przodu tak jak ich łzy.
Wybiegła ze szpitala nie oglądając się za siebie.
- Alex, stój!
- Czemu?! Nic mnie tu nie trzyma!
- A ja?!
Zatrzymała się. Odwróciła się powoli. Podeszła do mnie.
- Co ty? Ty też odejdziesz… Zaraz mnie zostawisz, jak każdą swoją byłą… I co? Nie ma to sensu…
- Nie zostawię cię.
- Jaką mam pewność?
- Świętą. Zostaniesz moją żoną?
- Genialny moment sobie wybrałeś. – prychnęła.
- Zostaniesz?
- Tak. Ale narzeczonymi oficjalnie będziemy po pogrzebie Jack’a. Nie chcę…
- Wiem. – przytuliłem ją do serca i pocałowałem po włosach. Staliśmy w bezruchu, gdy zaczął padać deszcz. To niebo opłakiwało naszego przyjaciela. Zaraz jednak wyszła tęcza… Odczytałem to jako znak, że Jack się cieszy, że w końcu się odważyłem. Tyle razy mnie namawiał. Tylko tyle mogłem teraz dla niego zrobić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz