Stałam przy szklanych szpitalnych drzwiach i patrzyłam, jak jego klatka piersiowa powoli unosi się i opada. Wodziłam oczami po nieskończonej ilości kabli podłączonych do jego umięśnionych dłoni.
***
Bałam się jak diabli. Wrócił do domu. Był wściekły. Czemu? Dostałam smsa od mojego dawnego kumpla z liceum, czy chciałabym przyjść na spotkanie klasowe. Odpisałam, że z miłą chęcią. Zayn zakazał mi iść. Był zazdrosny. Że go zdradzę, że zostawię. Jak jego była. Ale ja nie byłam taka, a on nie mógł tego pojąć. Byłam pewna, że w głowie nosi jeszcze obraz tej małej brunetki obściskującej się z obcym facetem. Pamiętliwy. Kiedyś uważałam to za zaletę. Teraz jest to najgorsza wada. Zamachnął się. Złapałam się za policzek, na którym zaraz wyrósł żółty siniec. Przyłożyłam sobie lodu do twarzy i słuchałam jego litanii. Niekończącej się wiązanki wyzwisk i narzekań.
Znalazł na mojej skrzynce e-mail od mojego przyszłego szwagra. Nie przedstawiłam ich sobie jeszcze. A więc… Kolejna awantura o romans, którego nie było. On chyba nigdy nie zauważy, że jestem w niego zapatrzona jak w obrazek, i mimo że powinnam go opuścić już dawno temu, to nadal tutaj trwam i zawiązuję sobie bandaż, bo przeciął mi rękę nożem. Robiło się coraz niebezpieczniej, ale nadal był to ten sam Zayn, którego pokochałam.
Dlatego też siedziałam tutaj. Stałam w tych drzwiach, a łzy rozpryskiwały się o podłogę. Dostałam pozwolenie od lekarza na wejście. Wkroczyłam na salę. Podeszłam do jego łóżka. Przyciągnęłam stołek i siedząc na nim, ostrożnie głaskałam rękę Zayn’a. Ostrożnie, by nie wyrwać wenflonu. Ani innych rurek monitorujących jego funkcje życiowe. Płakałam. Wiedziałam, że tymi samymi rękoma bił mnie, tymi sinymi ustami wyzywał mnie… A tymi… Gwałcił mnie. Twierdził, że jestem tylko jego. To była zaborcza miłość, a ja nie byłam w stanie z niej zrezygnować. On jest moim narkotykiem. Z daleka od mojego chłopaka czułam się pusta, a z nim byłam bezdenną studnią rozpaczy. Nie wiedziałam co jest lepsze. I nie byłam w stanie sama zdecydować. Otworzył oczy. Jego powieki delikatnie się uniosły. Po raz pierwszy z tych ust padło ‘Przepraszam’. Po raz pierwszy od dawna te dłonie ścisnęły moje, ale w akcie czułości, a nie agresji. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że to ten jedyny. Musiał być tym jedynym. Byłam z nim związana już po grób… Bo nosiłam jego dziecko pod sercem. Nie mogłam mu powiedzieć. Nie teraz. Nie byłam gotowa.
Wyszedł ze szpitala. Przez całą drogę powrotną milczał. Bałam się, czy w domu nie zacznie się znowu bezkresna awantura o to co robiłam, gdy on leżał w szpitalu. Ale tak nie było. Pod drzwiami odwrócił się i rzucił jeden z swoich słynnych uśmiechów. Złapał mnie w pasie i przeniósł przez próg. Pocałowałam go w usta, a on wplótł swoje dłonie w moje włosy. Staliśmy tak w bezruchu. Zobaczyłam w jego oczach perliste łzy.
- Przepraszam… Nie wiedziałem, ile mogę stracić. Jesteś dla mnie wszystkim i uświadomiłem sobie to dopiero leżąc w szpitalu. Nie wiem jak ci dziękować za wszystko. Za to że jesteś. Za to że jako jedyna mnie nie zostawiłaś. Przepraszam za te moje posądzenia. Dopiero będąc na granicy życia i śmierci pojąłem, że ja też byłem dla ciebie wszystkim… Mogę nadal być wszystkim?
- Nigdy nie będziesz wszystkim znowu.
- Czemu? – odsunął mnie od swojego ciała i spojrzał się na mnie jak na wariatkę.
- Bo jest jeszcze nasze dziecko… Muszę moją miłość podzielić między was oboje. – spojrzałam się na niego spod rzęs. Zobaczyłam tego wielkiego banana na jego twarzy. A potem wpadł w istną euforię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz