Zburzyłaś mój niedawno odbudowany świat
Niedawno odbudowany spokój
Teraz masz na rękach gruz i moje sny
Siedziałam na metalowej barierce. Przede mną rozpościerał się piękny widok na jezioro. Był ostatni dzień obozu. To dziś dowiedziałam się, że chłopak, który za mną latał przez cały obóz czuł do mnie coś więcej. Miałam ochotę się powiesić. Ja go nie kochałam! Nie chciałam go ranić, może i wyglądał na twardego, ale w środku był bardzo delikatny. Dlatego nie chciałam… Go krzywdzić. Był dla mnie kimś więcej, ale nie chłopakiem. Przyjacielem, może najlepszym. Nagle poczułam ciepłe dłonie na moich oczach.
- Zgadnij kto to! – powiedział zmienionym głosem, żebym go nie poznała. Człowieku, ja twój głos w nocy o północy…!
- Yyyy. Może Trevor?
- Niee zgadłaś!
- Dobra. Może… Xavier?
- Też nie.
- Lou!
- Nie.
- Harry?
- Niet.
- Zayn, idioto.
- Oooo! Kochanie, zgadłaś! Coś długo ci to zajęło. Fochnęłaś się na mnie?
- Nie, skądże?
- Jest ostatni dzień obozu, a ty zamiast ze mną i resztą siedzisz na tym pomoście. Zwariowałaś?
Oparł się na barierce. Widziałam jego zdenerwowanie. Czyżby miał zamiar mi powiedzieć…? Żeby wiedział, co ja wiem, to pewnie by się nie denerwował. Może wcale by nie przyszedł? Może unikałby mnie?
- Nie wiem… Tak jakoś mnie wzięło na wspominki…
- Pamiętaj, że w Londynie też się będziemy mogli spotykać.
- Tak, wiem, że z resztą chłopaków też będziemy mogli…
- No właśnie. My. Joyce…
O nie. Nadeszło. Bałam się. Na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka. Bałam się jak diabli.
- … zimno ci?
- Nie, skądże… Coś chciałeś powiedzieć? – zakrył moje ręce swoją bluzą. Pachniała nim.
- Otóż… Tak jakby… - widziałam, jak się trząsł. I to bynajmniej nie z zimna. – Kocham cię, Joyce.
- Wiem. – wpatrywałam się tępo w zachodzące słońce, majtałam nogami i zakrywałam się bluzą. Świetnie to musiało wyglądać.– Ale ja nie czuję do ciebie tego samego.
Zobaczyłam, że ciszę jeziora mącą małe słone kropelki kapiące z jego nosa. Przerzuciłam nogę przez barierkę i natychmiast znalazłam się tuż obok. Na jego silne ramiona narzuciłam szaro-czerwoną bluzę. Nigdy nie widziałam, żeby chłopak płakał z mojego powodu. Czułam się głupio i nieswojo. O Boże, zabierz mnie stąd! Nagle brunet odwrócił się i zamknął mnie w uścisku. Nie wiedząc, co czynić, przywarłam do niego całym ciałem. Chwilo, trwaj!
- Daj mi szansę. Joy, proszę, bądź moim szczęściem!
- Zayn… Nie chcę cię zranić. Zbyt dużo dla mnie znaczysz.
- Prooszę. Tak ładnie.
- Nie chcę cię zranić.
Wtedy puścił mnie. Zobaczyłam w jego oczach łzy. Spływały mu ciurkiem po policzku. Odwrócił się i pobiegł. Prosto do obozu.
***
Stoję pod drzwiami jego domu. Tak, zraniłam go w cholerę. Ale chcę to naprawić. Dopiero po powrocie do domu uświadomiłam sobie, co dla mnie znaczy i jak ciężko jest mi bez niego. Oby wybaczył. Pukam.
- Heej Jo. Co tam?
- Heej Li. Jest Zayn?
- Tak jakby.
- Co to znaczy…?
- Właź.
Wchodzę do tego wielkiego domu. Zobaczyłam na ścianie zdjęcie moje i Zayna. Czyli może mam szansę…!
- Hej! Co tu robisz?
Mulat ma umazane ręce od ciasta.
- Robimy pizzę. Chcesz? – Harry ma całą czuprynę w mące.
- Dobra, tylko Zayn… Musimy pogadać.
- Hazz, łap! – rzuca kulkę ciasta w kierunku mącznego ducha. – Chodź.
Siedzę w jego pokoju.
- Zayn… Pamiętasz, co mi mówiłeś na obozie…?
- Taak? Namyśliłaś się czy co?
- Tak jakby… Mam jeszcze u ciebie szansę?
- Sorki, mam dziewczynę…
- Ach… To ja się będę zmywać. – jestem niepocieszona. Zwlekałam, a teraz mam za swoje!
Stoję przy drzwiach. Odkręcam zamek, gdy usłyszałam krzyk z kuchni:
- JOOOOOOOOOOOOOOOKE!
Odwracam się. Wpadam wprost w ramiona Zayna. On tak świetnie całuje…
Niedawno odbudowany spokój
Teraz masz na rękach gruz i moje sny
Siedziałam na metalowej barierce. Przede mną rozpościerał się piękny widok na jezioro. Był ostatni dzień obozu. To dziś dowiedziałam się, że chłopak, który za mną latał przez cały obóz czuł do mnie coś więcej. Miałam ochotę się powiesić. Ja go nie kochałam! Nie chciałam go ranić, może i wyglądał na twardego, ale w środku był bardzo delikatny. Dlatego nie chciałam… Go krzywdzić. Był dla mnie kimś więcej, ale nie chłopakiem. Przyjacielem, może najlepszym. Nagle poczułam ciepłe dłonie na moich oczach.
- Zgadnij kto to! – powiedział zmienionym głosem, żebym go nie poznała. Człowieku, ja twój głos w nocy o północy…!
- Yyyy. Może Trevor?
- Niee zgadłaś!
- Dobra. Może… Xavier?
- Też nie.
- Lou!
- Nie.
- Harry?
- Niet.
- Zayn, idioto.
- Oooo! Kochanie, zgadłaś! Coś długo ci to zajęło. Fochnęłaś się na mnie?
- Nie, skądże?
- Jest ostatni dzień obozu, a ty zamiast ze mną i resztą siedzisz na tym pomoście. Zwariowałaś?
Oparł się na barierce. Widziałam jego zdenerwowanie. Czyżby miał zamiar mi powiedzieć…? Żeby wiedział, co ja wiem, to pewnie by się nie denerwował. Może wcale by nie przyszedł? Może unikałby mnie?
- Nie wiem… Tak jakoś mnie wzięło na wspominki…
- Pamiętaj, że w Londynie też się będziemy mogli spotykać.
- Tak, wiem, że z resztą chłopaków też będziemy mogli…
- No właśnie. My. Joyce…
O nie. Nadeszło. Bałam się. Na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka. Bałam się jak diabli.
- … zimno ci?
- Nie, skądże… Coś chciałeś powiedzieć? – zakrył moje ręce swoją bluzą. Pachniała nim.
- Otóż… Tak jakby… - widziałam, jak się trząsł. I to bynajmniej nie z zimna. – Kocham cię, Joyce.
- Wiem. – wpatrywałam się tępo w zachodzące słońce, majtałam nogami i zakrywałam się bluzą. Świetnie to musiało wyglądać.– Ale ja nie czuję do ciebie tego samego.
Zobaczyłam, że ciszę jeziora mącą małe słone kropelki kapiące z jego nosa. Przerzuciłam nogę przez barierkę i natychmiast znalazłam się tuż obok. Na jego silne ramiona narzuciłam szaro-czerwoną bluzę. Nigdy nie widziałam, żeby chłopak płakał z mojego powodu. Czułam się głupio i nieswojo. O Boże, zabierz mnie stąd! Nagle brunet odwrócił się i zamknął mnie w uścisku. Nie wiedząc, co czynić, przywarłam do niego całym ciałem. Chwilo, trwaj!
- Daj mi szansę. Joy, proszę, bądź moim szczęściem!
- Zayn… Nie chcę cię zranić. Zbyt dużo dla mnie znaczysz.
- Prooszę. Tak ładnie.
- Nie chcę cię zranić.
Wtedy puścił mnie. Zobaczyłam w jego oczach łzy. Spływały mu ciurkiem po policzku. Odwrócił się i pobiegł. Prosto do obozu.
***
Stoję pod drzwiami jego domu. Tak, zraniłam go w cholerę. Ale chcę to naprawić. Dopiero po powrocie do domu uświadomiłam sobie, co dla mnie znaczy i jak ciężko jest mi bez niego. Oby wybaczył. Pukam.
- Heej Jo. Co tam?
- Heej Li. Jest Zayn?
- Tak jakby.
- Co to znaczy…?
- Właź.
Wchodzę do tego wielkiego domu. Zobaczyłam na ścianie zdjęcie moje i Zayna. Czyli może mam szansę…!
- Hej! Co tu robisz?
Mulat ma umazane ręce od ciasta.
- Robimy pizzę. Chcesz? – Harry ma całą czuprynę w mące.
- Dobra, tylko Zayn… Musimy pogadać.
- Hazz, łap! – rzuca kulkę ciasta w kierunku mącznego ducha. – Chodź.
Siedzę w jego pokoju.
- Zayn… Pamiętasz, co mi mówiłeś na obozie…?
- Taak? Namyśliłaś się czy co?
- Tak jakby… Mam jeszcze u ciebie szansę?
- Sorki, mam dziewczynę…
- Ach… To ja się będę zmywać. – jestem niepocieszona. Zwlekałam, a teraz mam za swoje!
Stoję przy drzwiach. Odkręcam zamek, gdy usłyszałam krzyk z kuchni:
- JOOOOOOOOOOOOOOOKE!
Odwracam się. Wpadam wprost w ramiona Zayna. On tak świetnie całuje…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz