Sterczałam jak głupia przy recepcji. Uśmiechałam się do lekarzy i praktykantów. Do innych pacjentów też. Chociaż nie było dobrze. Chemia nie dawała rezultatów. Byłam tutaj najdłużej. Gdy jakaś dziewczyna przychodziła na salę, zaraz ją opuszczała. W czarnym worku. Oprócz mnie na oddziale było tylko masa dzieciaków. Przedszkolaki. Pierwsze klasy podstawówki. Lubiłam ich, ale czasami miałam ochotę pogadać z kimś w moim wieku. Na litość! Miałam 15 lat, a dookoła mnie tyle śmierci, że mnie samej tutaj nie powinno być. Ale stałam. Nagle drzwi otworzyły się. Wszedł w nie taki uroczy brunet. Na rękach trzymał chyba swojego kolegę. Zrobiło się dookoła nich zamieszanie. W końcu został sam jeden, a chłopaka przewieziono na operacyjną. Zaraz pojawiła się matka operowanego, ojciec i reszta kumpli. Trójka trzymała się razem, tylko ten uroczy brunet stanął z boku. Zaintrygował mnie. Ale nawet nie wiedziałam, jak do niego zagadać. Przez trzysta dni w roku byłam w tym budynku, a kiedy wychodziłam, to wszyscy się ze mnie śmiali, że łysa, gruba itp. No ludzie!
Pogrążona w własnych rozmyślaniach nie zauważyłam, jak ten uroczy brunet do mnie podszedł. Spojrzałam się na jego twarz. Oczy miał opuchnięte. Widać, że przeżywał.
- Czekasz na kogoś?
- Nie.
- Żadnych znajomych?
- Nie. Nie szukam przyjaciół. I tak w moją ostatnią podróż będę musiała wybrać się sama.
- Nie przesadzaj. Nie jest tak źle.
- Skąd wiesz?
- Widzę to w twoich oczach.
- Wróżka?
- Nie. Louis. Czemu nie chcesz z nikim się przyjaźnić?
- Po co? Nie mają do mnie interesów, nie chcą się przyjaźnić. Po co komu taki przyjaciel, który tylko jest w szpitalu?
- Na tym polega przyjaźń. Na zaufaniu, i nigdy cię nie opuszczę… W zdrowiu czy w chorobie…
- Przysięga małżeńska. Jamie.
- Ładnie. Długo tu jesteś?
- 5 lat. I żadnych perspektyw na wyjście.
Gadaliśmy tak o niczym urywanymi zdaniami. Nagle się ogarnęłam, że wiem bardzo dużo o nim. Jego przyjaciel zleciał ze sceny na koncercie. Bo Lou go popchnął. Ach, ci chłopcy… Wyszedł lekarz i oprócz tego, że nastawili blondynowi nogę i musi zostać na obserwacji, bo podejrzewają wstrząs mózgu… To nawet jest dobrze. Louis uśmiechał się. Jego uśmiech. Bell, trafił mnie kupidyn. Pieprzony kupidyn.
----
A teraz, gdy w każdej chwili mogę zamknąć oczy i ich nie otworzyć, przypomniało mi się nasze pierwsze spotkanie. Lou codziennie mnie odwiedzał, nawet wtedy, gdy Niall już wyszedł. Czułam, że ta miłość może przetrwać nawet po mojej śmierci. Ale musiałam żyć. Dla niego. Załamałby się. Nie chciałabym widzieć go rozklejonego. Nie! To nie byłby ten sam Louis…
***
- Kocham cię.
- Ja ciebie też, Jamie.
- Odchodzę. Przepraszam.
W oczach zakręciły mi się łzy, a ona zamknęła oczy. Widziałem jej ostatnie tchnienie. Siedziałem tam długo i nie mogłem dojść do siebie. W końcu przyszło 2 mężczyzn i zakryło jej delikatne ciało czarnym workiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz